Sprawcy nieznani

Po raz kolejny najgorętszy w Polsce temat wiąże się z Ameryką. Po tym, jak prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Niemiec, media w USA podały, że cofnięto także 4 tysiące żołnierzy zmierzających do Polski. Nie chodziło o wycofywanie żołnierzy z Polski, to była tylko ekipa, która miała wymienić amerykańskich żołnierzy stacjonujących już w Polsce. Ale i tak wyszła niezła afera.

Okazało się, że nikt w Polsce nie wiedział o wstrzymaniu rotacji żołnierzy. Wszyscy dowiedzieli się o tym z amerykańskich mediów. Nikt też nie ma pojęcia - do chwili, gdy piszę te słowa - dlaczego taka decyzja zapadła. Ba, nie wiedzą tego nawet amerykańscy generałowie. Dostali rozkaz od sekretarza obrony, więc go wykonują. Ale wezwani do Kongresu nie potrafili wytłumaczyć, czemu wstrzymanie rotacji ma służyć.

W Polsce zeznania dwóch najważniejszych dowódców amerykańskich były bacznie obserwowane, ale nic z nich nie wynikało. Niektórzy komentatorzy - podobno eksperci - próbują tłumaczyć, że nic poważnego się nie stało. Amerykanie przesuwają swoje zainteresowanie z Europy na Daleki Wschód. Prezydent Trump zapowiadał przesuwanie żołnierzy, więc jest to po prostu realizacja nowej polityki.

Nie wszystko się jednak zgadza. Nowy kontyngent był podobno już w drodze, wcześniej wysłano do Polski jego sprzęt. Wstrzymanie transportu w trakcie jego wykonywania nie jest normalną realizacją wcześniej założnych planów. Coś się musiało wydarzyć, że wydający decyzje zmienili zdanie. Ponadto przy realizacji wcześniej założonych planów generałowie powinni wiedzieć, co dokładnie mają robić. Tymczasem zostali zaskoczeni nowym poleceniem.

Bez względu na to, co kierowało amerykańskimi politykami i kto jest sprawcą zamieszania, dla polskich polityków powstała fantastyczna okazja do szukania winnych w Polsce. Prawo i Sprawiedliwość domaga się od rządu wyjaśnień o co tu chodzi. Rząd oczywiście nie wie, a PiS wie dlaczego rząd nie wie. Bo ma bardzo złe relacje z administracją Trumpa. Gdyby to PiS rządził, to nie tylko by nie wycofano żołnierzy, ale przysłano by ich jeszcze więcej.

Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, który jest też ministrem obrony, prostuje, że nie ma mowy o wycofywaniu amerykańskich żołnierzy. Podał, że sekretarz obrony USA Pete Hegseth zapewnił go, że liczebność amerykańskich wojsk w Polsce nie zmienia się. "Trwa proces przegrupowania sił i środków armii USA w Europie, ale żadna decyzja o zmniejszeniu zdolności wojsk amerykańskich w Polsce nie zapadła" - podkreślił Kosiniak-Kamysz.

Władek na wszelki wypadek wysłał jednak dwóch swoich wiceministrów do Waszyngtonu. Cezary Tomczyk i Paweł Zalewski mają wywęszyć, co się w tym Pentagonie dzieje. Jak im się uda, dostaną tytuł superszpiegów. Bo przecież nawet amerykańscy generałowie nie mają tych informacji.

Koalicja rządząca też korzysta z okazji, aby wbić szpilę swoim politycznym przeciwnikom. Jej politycy pytają, dlaczego Donald Trump robi takie numery swojemu wielkiemu przyjacielowi Karolowi Nawrockiemu. Wszak polski prezydent ma tak doskonałe relacje z prezydentem USA i wielokrotnie od niego słyszał, że Polska jest wspaniałym sojusznikiem. Czyżby amerykański prezydent nie ufał już polskiemu zwierzchnikowi sił zbrojnych?

Ja właściwie nie zdziwiłabym się, gdyby to zaufanie stracił. Nawrocki pojechał do Rumunii na szczyt tzw. Bukareszteńskiej Dziewiątki, tzn. państw wschodniej flanki NATO. Był też szef NATO i przedstawiciele krajów nordyckich. I w takim to międzynarodowym towarzystwie, w Rumunii, polski prezydent stwierdził, że w Polsce nie ma niezawisłego sądownictwa. Zapytany o Zbigniewa Ziobrę, który ostatnio z Węgier uciekł do USA, Nawrocki powiedział, że były minister sprawiedliwości (po latach reformowania sądów) "nie mógł się spodziewać uczciwego procesu w Polsce".

Znaczy mamy w Polsce taki PRL bis. Ale w PRL uczciwi ludzie nie pchali się na stanowiska ministrów, premiera, czy pierwszego sekretarza PZPR (stanowiska prezydenta wtedy nie było). Skoro władze sterowały wyrokami sądów, gnębiły obywateli, to uczciwi ludzie do tych władz się nie pchali. Jeżeli dziś ktoś mówi, że w Polsce jest reżim, a sam zajmuje najwyższe stanowisko, to faktycznie trudno mu ufać.

Tak jak nie wiadomo o co chodzi ze wstrzymaniem rotacji żołnierzy, tak samo nie wiadomo, kto postanowił nękać szefa TV Republika i prawicowych polityków. To znaczy, niektórzy już wiedzą, że Tusk. Bo przecież nasłał policję na Tomasza Sakiewicza. Faktycznie, w ubiegły piątek do mieszkania redaktora naczelnego Republiki wparowali funkcjonariusze. Skuli jego asystentkę, która akurat w jego mieszkaniu sobie siedziała. To chyba normalne, że asystentkę trzyma się w domu. Redaktor wszystko ponagrywał i oskarżył Tuska o zamach na media.

Policja tłumaczy, że na telefon zaufania Rzecznika Praw Dziecka wpłynęło zawiadomienie, że w danym mieszkaniu jakiś nastolatek próbuje odebrać sobie życie. No to policjanci szybko wparowali do mieszkania, żeby go ratować. Okazało się, że to fałszywy alarm. Albo raczej celowy alarm, żeby zrobiła się afera. Udało się, bo sam Sakiewicz ją mocno rozpropagował. A za winnych uznał policjantów. Dane osobowe jednego z nich opublikował nawet w swojej telewizji. Na pasku na ekranie pojawił się napis: "[imię i nazwisko], funkcjonariusz Kierwińskiego, złamał prawo. Skoordynowany atak reżimu Tuska na Republikę".

Policja zgłosiła zawiadomienie do sądu o ochronę dóbr osobistych swojego funkcjonariusza, więc Sakiewicz znowu jest nękany. Policja zatrzymała też 53-letniego mężczyznę, ale szybko okazało się, że ktoś włamał się na jego konto, aby rozsiewać fałszywe informacje. Do chwili, gdy piszę te słowa, nie wiadomo, kto za tym stoi. Republika oczywiście już wie, że to "atak reżimu Tuska". Działają szybciej niż polskie służby. I na pewno mają dowody.

Republice nie wierzy Sławomir Mentzen. Lider Konfederacji stwierdził, że "rząd ma obowiązek jak najszybciej znaleźć sprawców". Znaczy nie uwierzył dziennikarzom śledczym Republiki, że już odkryli, że sprawcą jest Tusk. Ale ma prawo się denerwować, bo jego też nękają. Na telefon jego kancelarii zamawiano pizzę, ale nie robił tego nikt z pracowników.

Wkurza się też drugi Sławek. Chodzi o Cenckiewicza, który określa się jako "do niedawna wysoki urzędnik państwowy" i apeluje do rządu "o niebagatelizowanie procesu prowokacyjnego". Do niego też ktoś w środku nocy zamówił pizzę. Cenckiewicz mówi o sprawcach "prowokatorzy", ale nie wyjaśnił do czego chcieli go sprowokować.

Ja się domyślam. Chcieli, żeby o atak na niego oskarżył Tuska. W przypadku Republiki prowokacja się udała. Cenckiewicz i Mentzen nie twierdzą, że to Tusk im zamówił pizzę. Sensownie ocenili, że nie może ich aż tak lubić, żeby im pizzę zamawiać.

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!