Sąd Najwyższy USA wydał we wtorek, 30 czerwca, niezwykle ważne dla imigrantów orzeczenie. Podtrzymał dotychczasową, trwającą od dziesięcioleci interpretacji 14. Poprawki do Konstytucji. Daje ona automatycznie obywatelstwo osobom urodzonym na terytorium Stanów Zjednoczonych, co nazywane jest prawem ziemi (w odróżnieniu od prawa krwi). Na Konstytucję powołało się pięciu sędziów z 9-osobowego składu Sądu Najwyższego. Orzeczenie wydano stosunkiem głosów 6-3, gdyż zgodził się z nim także sędzia Brett Kavanaugh. Swój pogląd argumentował jednak zapisami w prawie federalnym, a nie w Konstytucji.
Fakt, że większość sędziów powołała się na Konstytucję jest istotny. Prezydent Donald Trump zwrócił się bowiem do Kongresu, aby "rozpoczął pracę DZISIAJ" nad zmianą prawa. Uważa, że decyzję Sądu Najwyższego można "łatwo" odwrócić, wprowadzając odpowiednią ustawę. Nie jest to jednak prawda, gdyż przy wskazaniu większości sędziów na Konstytucję, do odebrania prawa do obywatelstwa rodzącym się tu dzieciom konieczna jest zmiana właśnie Konstytucji.
W imieniu pięciu sędziów powołujących się na Konstytucję, opinię do wyroku napisał przewodniczący Sądu Najwyższego John Roberts. Nawiązał do okoliczności wprowadzenia 14. Poprawki do Konstytucji, co nastąpiło po wojnie secesyjnej (1861-1865). Intencją było zabezpieczenie równych praw dla uwolnionych niewolników. "Obywatelstwo, wtedy i teraz, było prawem do posiadania praw - aby w wolny sposób uczestniczyć w naszej politycznej społeczności" - napisał Roberts. Przypomniał jednak cytując Konstytucję, że "twórcy 14. Poprawki rozszerzyli tę obietnicę dla »każdej wolnej osobie urodzonej na tej ziemi«. My tej obietnicy dziś dotrzymujemy".
W imieniu trzech sędziów, którzy nie zgodzili się z orzeczeniem, opinię napisał sędzia Clarence Thomas. Ma ona aż 91 stron i jest trzy razy dłuższa od opinii Robertsa. Czarnoskóry sędzia Thomas argumentował, że 14. Poprawka była napisana dla osób czarnoskórych. Podlega - jego zdaniem - innej interpretacji z powodów politycznych.
Akt urodzenia Baracka Obamy, którego Donald Trump oskarżał o urodzenie się poza Stanami Zjednoczonymi, co uniemożliwia piastowanie urzędu prezydenta.
Sprawa nadawania obywatelstwa dla osób urodzonych w USA trafiła do sądu przez zarządzenie wykonawcze Donalda Trumpa. Prezydent podpisał je już pierwszego dnia po objęciu urzędu w drugiej kadencji. Nigdy nie spowodowało odmowy przyznania obywatelstwa, bo zarządzenie zostało zablokowane w sądach niższej instancji. Do Sądu Najwyższego sprawa trafiła po złożeniu apelacji po wyroku wydanym w New Hampshire.
Donald Trump niezwykle mocno angażował się w sprawę odebrania prawa do obywatelstwa dzieciom rodzącym się na amerykańskiej ziemi. Gdy w kwietniu Sąd Najwyższy wysłuchiwał argumentów różnych stron, Trump osobiście pojawił się na sali rozpraw. Był to pierwszy przypadek w historii, aby prezydent uczestniczył w takim posiedzeniu Sądu Najwyższego.
Jego zaangażowanie nie przyniosło jednak efektu. W Sądzie Najwyższym większość stanowią konserwatyści, ale w kluczowych sprawach Sąd potrafi wystąpić przeciwko Trumpowi. Tak było na przykład w lutym, gdy wydał orzeczenie, że cła wprowdzone przez prezydenta są nielegalne. Trump nazwał wówczas działanie sędziów niepatriotycznym. Teraz sędziów odrzucających jego zarządzenie wykonawcze nazwał "głupimi".
Przed Sądem Najwyższym występowała m.in. organizacja walcząca o prawa obywatelskie - American Civil Liberties Union. Świętując zwycięstwo napisała o orzeczniu Sądu, że jest "historyczną decyzją, która potwierdza, że to Konstytucja - a nie prezydent - definiuje, kto zostaje obywatelem".
Decyzja Sądu rozstrzyga, że dzieci rodzące się na terenie USA w dalszym ciągu będą miały przyznawane obywatelstwo automatycznie. Tak jak dotychczas, dotyczy to wszystkich z małymi wyjątkami. Obywatelstwa nie otrzymują dzieci dyplomatów przebywających na placówkach w USA, rodzące się na zagranicznych statkach znajdujących się na amerykańskich wodach terytorialnych, a także dzieci ewentualnego najeźdźcy, który okupuje terytorium Stanów Zjednoczonych.
W sytuacji, gdyby Sąd Najwyższy nie unieważnił zarządzenia Trumpa, konsekwencje byłyby ogromne. Dotyczyłyby bowiem aż ćwierci miliona dzieci, które co roku otrzymują obywatelstwo dzięki 14. Poprawce. Bo choć Donald Trump wciąż mówi o nielegalnych imigrantach, jego zarządzenie dotknęłoby przede wszystkim osoby legalnie przebywające w USA. Dzieci rodzące się osobom tu pracującym, studiującym czy piszącym prace naukowe, a także wszystkim posiadaczom zielonej karty, nie otrzymywałyby amerykańskiego obywatelstwa.
W większości krajów, obowiązuje tzw. prawo krwi - dziecko otrzymuje obywatelstwo posiadane przez rodziców. Tak jest na przykład w Polsce. Ale prawo ziemi, wcale nie jest rzadkością. Według Pew Research Center obowiązuje w 32 państwach, w tym w całej Ameryce Północnej. Bo oprócz Stanów Zjednoczonych mają je również Kanada i Meksyk.