W Polsce jest niesamowita wolność słowa. Poważnie. Każdy może mówić co chce. Cokolwiek. Nawet wy tam w Ameryce nie macie takiej wolności słowa, choć przecież Ameryka ma z tego słynąć. No bo jak wasz prezydent opublikował obrazek, na którym wygląda jak Chrystus, podniosła się taka wrzawa, że musiał go skasować. A to przecież nie byle kto, tylko prezydent. I nawet on nie ma zupełnej wolności słowa.
A w Polsce mamy ją wszyscy. Nie trzeba być nawet prezydentem, żeby mówić różne bzdury. Choć oczywiście widać wyraźnie, że prezydent Karol Nawrocki traktuje to jako jedną ze swoich prerogatyw. Ale różne bzdury mogą wygadywać także politycy znacznie niższego szczebla.
Ot, chociażby szef kancelarii prezydenta. Z wykształcenia prawnik, więc wydawałoby się, że czytać umie. Nawet akty prawne, takie jak Konstytucja. A tam jest wprost napisane, że sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybiera Sejm. Sędziowie składają ślubowanie "wobec prezydenta", ale dopiero, gdy zostaną przez Sejm wybrani. Prawnik Bogucki nie zdołał jednak zrozumieć tej logiki, że skoro ślubowanie składają sędziowie, to muszą tymi sędziami być.
W tych prostych słowach - "wybiera Sejm" - dostrzegł natomiast "spór kompetencyjny" - czy wybiera Sejm, czy może jednak prezydent? I postanowił zapytać o to Trybunał Konstytucyjny. Ten sam Trybunał, którego wybranych sędziów nie uznaje. Faktycznie z logiką pan Bogucki ma problem.
Oddzielnym zarzutem Pałacu Prezydenckiego jest to, że czwórka sędziów, których pan prezydent nie raczył zaprosić na uroczyste ślubowanie do swego Pałacu, zorganizowała sobie własną uroczystość. Złożyła ślubowanie w Sejmie, zaznaczając, że ślubują "wobec prezydenta", tak jak to w ustawie stoi. Składałam już różne oświadczenia wobec różnych urzędów i jakoś nigdy nie oczekiwałam, aż urząd mnie zaprosi i każe złożyć oświadczenie "w obecności" jego, to znaczy tego urzędu. Tak zresztą stanowi prawo administracyjne. Gdy mam czegoś dokonać w czyjejś obecności, stosuje się inne określenie. Na przykład podpisuje się dokumenty "przed" notariuszem, tzn. musi on przy tym być obecny.
Zbyszek Bogucki może jednak sądzi, że słowo "wobec" w ustawie o ślubowaniu znaczy coś innego. Że na przykład jest tylko skrótem, żeby ustawa nie była za długa. Napisali "wobec", a miało być "wobecności". Pisze się to rozdzielnie, ale pan Bogucki może przecież mieć własne zdanie. Mamy wolność słowa.
Wykorzystanie wolności słowa zmaksymalizował prezes PiS Jarosław Kaczyński. Cóż miał powiedzieć po sromotnej porażce jego idola, Wiktora Orbana? Nie znam człowieka? Tak by wypadało po ujawnieniu, że nie tylko jego minister zapewniał Putina o gotowości do usług, ale i sam Orban przekonywał rosyjskiego cara o pełnej lojalności. Ale prezes zbyt mocno pokochał węgierski wzorzec autorytaryzmu i zbyt wiele w niego zainwestował pochwał i uczuć, aby teraz się go wyprzeć. To byłoby zbyt śmieszne, choć oczywiście jest wolność słowa i można mówić wszystkie bzdury.
Jarosław Kaczyński uznał, że skorzysta z tej wolności w inny sposób. Zamiast kajać się za miłość do ruskiego agenta, postanowił obrzucić błotem tego, który go pokonał. Najpierw ogólnikowo stwierdził, że "informacje, które posiada" o Peterze Magyarze, kompletnie tego człowieka dyskwalifikują. Ale dziennikarze dopytywali go, jakież to straszne informacje posiada.
Wtedy postanowił uświadomić dziennikarzy. "Na przykład to, co opisuje jego żona, że upiekł szczenię". To nawiązanie do książki, którą miała napisać była żona Magyara, a rzekome fragmenty o pieczeniu psa w mikrofalówce i biciu żony były publikowane w węgierskiej kampanii wyborczej. Problem w tym, że taka książka nigdy nie powstała, a żona już dawno stwierdziła, że nigdy czegoś takiego o mężu nie napisała. Pisała natomiast ruska propaganda. Dziennikarze oczywiście od razu powiedzieli to Kaczyńskiemu, no, ale jest przecież jest wolność słowa.
"Pan twierdzi, że nieprawda, a ja biorę pod uwagę różne zweryfikowane jego wyczyny" - skorzystał z tej wolności prezes. I dodał, że "to jest możliwe, ale także bicie żony". No, w sumie to wszystko jest możliwe. Na przykład to, że Kaczyński jest homoseksualistą i w piwnicy trzyma chłopców, których seksualnie wykorzystuje. Ale gdyby ktoś tak o nim powiedział i wyjaśnił, że to są "zweryfikowane jego wyczyny", to chyba nie uznałby tego za wolność słowa.
Niektórzy próbują tłumaczyć prezesa, że on ogląda tylko "naszą" telewizję i tylko "nasze" wiadomości i stąd ten błąd. Pewnie tak. Tylko jak to świadczy o tych "naszych" wiadomościach?
A muszę zaznaczyć, że tego typu mediów w Polsce jest całkiem sporo. Ostatnio słuchałam jednej z lokalnych stacji radiowych, którą zawsze lubiłam. Oprócz wiadomości lokalnych, stacja miała zabarwienie lekko katolickie, nadając czasem fragmenty homilii Jana Pawła II, rozważania teologiczne czy nawet śpiewaną koronkę o godzinie 15. I nagle w serwisie informacyjnym usłyszałam, że "Tusk jest najbardziej prorosyjskim premierem", a "komuch Czarzasty" usługiwał w PRL Rosjanom. To nie była dyskusja, czy wypowiadane opinie. To był serwis informacyjny, tyle że spiker mówił podnieconym głosem, niemal krzycząc. Słyszałam już wiele, ale takiego "serwisu informacyjnego" jeszcze nie. Ale cóż, wolność słowa.
Nawiasem mówiąc, zwróciłam uwagę, że zmieniły się epitety kierowane pod adresem Tuska. Nie mówi się już tak często, że jest Niemcem, ale raczej, że jest prorosyjski. Moim zdaniem to efekt strategii polityków PiS, stosowanej od wielu lat. Po każdej aferze, gdy wychodziło na jaw co robili, od razu oskarżali drugą stronę o dokładnie to samo. Bo po pewnym czasie, niezbyt uważni słuchacze już nie wiedzieli, kto jest autorem afery. Albo przynajmniej mówili, że "oni wszyscy są tacy sami". Teraz, po sprzeciwie prawicy wobec zbrojenia polskiej armii w programie SAFE, a potem po poparciu putinowskiego agenta Orbana, trzeba jakoś przekonać, że to nie PiS jest prorosyjski. A że mamy wolność słowa...
Z nawiązań do Niemców nie wszyscy jednak rezygnują. Poseł Konfederacji Konrad Berkowicz stwierdził, że Izrael jest "nową Trzecią Rzeszą". Słusznie oskarżył to państwo o zbrodnię ludobójstwa, ale na koniec rozwinął kartkę z przerobioną flagą Izraela. Zamiast gwiazdy w jej środku widniała... swastyka. Rozumiem emocje, ale bezczeszczenie flagi jest niesprawiedliwe, bo spora część mieszkańców Izraela nie popiera zbrodni dokonywanych przez ich armię. Gdyby ktoś bezcześcił polską flagę, bo nie podoba mu się nasza władza, to z pewnością wszyscy bylibyśmy oburzeni, bez względu na to, kto akurat u tej władzy by był.
Ale Trzecia Rzesza to mało. Nasz reprezentant na węgierskiej ziemi, Zbigniew Ziobro ogłosił Czwartą Rzeszę! Gdzie powstała? Stwierdził, że Polska jest teraz Czwartą Rzeszą. To zapewne krzyk rozpaczy po przegranej Orbana. Jego następca ogłosił, że pierwszą podróż zagraniczną odbędzie wprawdzie do Polski, ale dwójkę polskich gości - Ziobrę i Marcina Romanowskiego - z kraju wyprosi. No nie, ze sobą ich nie przywiezie, choć byłby to ładny prezent.
Chłopaki mają na spakowanie się jeszcze trochę czasu. Może polecą do USA? Bo gdzie jeszcze może być lepiej niż w Czwartej Rzeszy? W Ameryce Południowej? Na Karaibach? Raczej nie na Białorusi czy w Rosji, ja w to nie wierzę. Osobiście polecam im powrót do Polski. Czwarta Rzesza czy nie, ale mamy tu wolność słowa. Będą mogli swobodnie wszystko wyśpiewać w prokuraturze. Oczywiście wolność słowa nie oznacza wolności dla śpiewającego.