Janusz Szlechta - człowiek, dziennikarz, kolega

Trudno mówić o Januszu wyłącznie jako o dziennikarzu. Bo dziennikarstwo było oczywiście bardzo ważną częścią jego życia, ale za każdym tekstem, każdym wywiadem i każdą rozmową stał przede wszystkim człowiek - ciekawy innych ludzi, ich historii, doświadczeń, radości i problemów.

Janusz przyjechał do Stanów Zjednoczonych, tak jak wielu z nas, z własnymi marzeniami i planami. Ameryka szybko jednak pokazała mu, że oprócz marzeń potrzebne są także wytrwałość, praca i umiejętność odnalezienia się w nowej rzeczywistości.

Jednym z etapów jego amerykańskiej drogi było "abecadło" - tygodnik, z którym od 2002 roku związał część swojej pracy zawodowej. Praca w "abecadle" nie była tylko kolejnym wpisem w zawodowym życiorysie. Była jednym z tych doświadczeń, które budowały drogę dziennikarską.

I chyba właśnie to było w Januszu najciekawsze - potrafił być blisko ludzi.

Nie interesowali go wyłącznie ci, którzy byli na pierwszych stronach gazet. Potrafił zauważyć człowieka, którego codzienne życie dla innych mogło wydawać się zwyczajne. Umiał słuchać. A dobry dziennikarz wie, że czasami najważniejsza historia zaczyna się właśnie od zwykłej rozmowy.

Późniejsze lata jego pracy dziennikarskiej tylko to potwierdziły. W swoich tekstach, reportażach i wywiadach wracał do tego, co dla niego było ważne - do ludzi, ich losów i do polskiego życia w Ameryce. Jego dorobek związany był między innymi z "Nowym Dziennikiem" i "Białym Orłem", a jego książki wyrastały z doświadczeń i rozmów, które zdobywał jako dziennikarz.

Janusz Szlechta w czasie jego pożegnania w Chacie Inki, w Glendale, NY. Fot. Zosia Zeleska-Bobrowski


Ale dzisiaj nie chcę mówić tylko o dorobku zawodowym Janusza. Chcę powiedzieć coś o Januszu, którego znam osobiście. O człowieku, z którym można było porozmawiać nie tylko o pracy. O człowieku, który miał swoje zdanie, swoje poczucie humoru, swoje spojrzenie na świat. Nasze co czwartkowe spotkania w redakcji "abecadła" nie byłyby tak ciekawe, gdyby nie Jego opowieści, żarty czy dyskusje. Recytacje wierszy Kofty w interpretacji Janusza sprawiły, że zupełnie inaczej spojrzałam na poezję.

Dziennikarz zostawia po sobie artykuły. Fotograf zostawia zdjęcia. Pisarz zostawia książki. Ale człowiek zostawia po sobie przede wszystkim ludzi, których spotkał na swojej drodze. I myślę, że właśnie to jest największym dorobkiem Janusza. Pozostaną jego teksty, książki, fotografie i wspomnienia. Pozostaną historie ludzi, które ocalił od zapomnienia.

Janusz przez wiele lat był częścią polonijnego Nowego Jorku i New Jersey. Pisał o Polakach i dla Polaków. Był świadkiem wielu historii naszego środowiska i sam stał się częścią tej historii.

Dzisiaj drogi Januszu chcę Ci przede wszystkim powiedzieć:

Dzisiaj drogi Januszu chcę Ci przede wszystkim powiedzieć:
Dziękuję.
Za lata pracy.
Za słowo pisane.
Za historie, które opowiedziałeś.
Za ludzi, których przedstawiłeś innym.
Za to, że przez swoją pracę pomagałeś zobaczyć i lepiej zrozumieć polonijny świat.
Za te zwyczajne chwile, które wtedy wydawały się niczym szczególnym, a dzisiaj nabierają zupełnie innego znaczenia.

Ale przede wszystkim dziękuję Ci za to, że byłeś jednym z nas.

Wracasz do Polski, ale część Ciebie zostaje tutaj - w ludziach, których spotkałeś, w miejscach, w których pracowałeś, w tekstach, które napisałeś, i we wspomnieniach tych, którzy mieli szczęście Cię poznać.

Życzę Ci, Januszu, aby Polska przyjęła Cię tak, jak na to zasługujesz - z otwartymi ramionami.

A jeśli będziesz kiedyś wspominał "abecadło", to niech to będą dobre wspomnienia.

Szczęśliwej drogi, Januszu.

I pamiętaj - to nie jest pożegnanie na zawsze. To tylko "do zobaczenia" - gdzieś pomiędzy Polską a Nowym Jorkiem/New Jersey, pomiędzy kolejną historią a kolejną rozmową.

Powodzenia, Januszu. I dziękuję Ci za wspólne lata.

Ludwika Zajkowska

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!