Stany Zjednoczone są niewątpliwie krajem imigrantów. Politycy często mówią, że to wynika z tradycji, jak ten kraj powstał. Ale prawda jest taka, że za utrzymaniem tej tradycji przemawiają względy gospodarcze.
W USA rodzi się zbyt mało dzieci, aby utrzymywać populację na tym samym poziomie. A dla rozwoju gospodarczego sprzyja rosnące społeczeństwo. Szczególnie, że amerykańskie społeczeństwo się starzeje i potrzeba więcej ludzi, aby utrzymać emerytów.
Problem rozwiązuje wysoki poziom imigracji. Według danych Banku Światowego, w ubiegłym roku do USA przybyło ponad 1,2 mln imigrantów netto (liczba przybyłych pomniejszona o tych, którzy wyjechali). W poprzednich latach, pomijając lata pandemii covid-19, były to nawet większe liczby.
W latach 2016-2019 - choć administracja prezydenta Donalda Trumpa już wtedy wprowadzała działania przeciwko imigrantom - przybywało ich 1,8-1,9 mln rocznie. Tymczasem całkowita liczba ludności w USA rosła w tym czasie tylko o 2,4 mln.
W Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w wielu innych krajach rozwiniętych, rodzi się zbyt mało dzieci.
To pokazuje, że imigranci są głównym motorem wzrostu liczby ludności. Dzieje się tak od początku lat 70-tych ubiegłego wieku, gdy osoby urodzone poza Stanami Zjednoczonymi stanowiły 4,7% społeczeństwa. Odsetek ten stale rośnie od pół wieku i osiągnął już 14,8%. Biuro Statystyczne podaje, że obecnie Stany Zjednoczone mają 342,7 mln mieszkańców. Imigrantów jest ponad 50 milionów.
Mieszkańców USA przybywa jednak w coraz wolniejszym tempie. W ciągu ostatniego roku (od 15 lipca 2025 roku), według danych Biura Statystycznego liczba mieszkańców USA zwiększyła się już tylko o 0,83 mln. Bez zasilania imigrantami, Amerykanów więc ubywa.
Do utrzymania stałego poziomu liczby mieszkańców, na jedną kobietę powinno przypadać 2,1 narodzin dziecka. W USA liczba ta wynosiła w ubiegłym roku 1,77.
Nie zawsze tak było. W 1950 roku na jedną kobietę przypadało 3,15 narodzin. Dzięki temu powstał wyż demograficzny, którego szczyt przypadł na 1958 rok, w którym wynik wynosił 3,58. Powstałe wówczas pokolenie nazywane jest baby boomers. Później jednak dzietność Amerykanów systematycznie spadała i już w 1977 roku doszła do dzisiejszego poziomu 1,77. Chwilowy wzrost nastąpił jeszcze dwie dekady temu, osiągając maksimum 2,06 w 2008 roku.
Według danych ONZ, dzietność w Stanach Zjednoczonych wynosiła w 2024 roku tylko 1,62. Dało to USA dopiero 147. miejsce na świecie. Największą dzietność mają tradycyjnie kraje afrykańskie: Czad - 5,94, Somalia 5,91, Demokratyczna Republika Konga - 5,90. Większość krajów uprzemysłowionych boryka się z dzietnością poniżej poziomu 2,1, zapewniającego zastępowalność pokoleń.
W Europie najbliżej tego poziomu jest Monako - 2,09, które ma jednak dopiero 104. miejsce na świecie. Do Europy można jeszcze zaliczyć na 119. miejscu Grenlandię z wynikiem 1,91 oraz na miejscu 120. Gibraltar, o dzietności 1,88. Z większych państw pierwsza w Europie i 133. na świecie jest Bułgaria - 1,74. Polska jest dopiero 211., mająca według ONZ w 2024 roku wynik 1,31. Jeszcze niżej są Włochy i Hiszpania.