Ludwika Zajkowska: Janusz, znamy się od lat, pozwól więc, że będę mówiła Ci po imieniu. Jesteś twarzą polonijnego dziennikarstwa w Nowym Jorku i New Jersey. Pracowałeś w "Nowym Dzienniku", "abecadle" i "Białym Orle". Na Twoje pożegnalne spotkanie w MM Art Studio w Wallington, NJ, przyszły tłumy. Dlaczego zdecydowałeś się wrócić do Polski?
Janusz Szlechta: Złożyło się na to wiele czynników, ale najważniejszym z nich jest sytuacja finansowo-społeczna. Przestałem pracować w "Nowym Dzienniku" i w "abecadle", które już nie ukazuje się w wersji papierowej, lecz przeszło na internet. Zmniejszyły się moje dochody. Jednocześnie ceny wynajmu mieszkań poszły, i ciągle idą, w górę.
Drugi powód to samotność. Odkąd przestałem pracować w "Nowym Dzienniku", miałem mniejszy kontakt z Czytelnikami. Ludzie przestali do mnie dzwonić. Ograniczyły się też kontakty personalne. To wszystko zadecydowało, że postanowiłem wrócić do Polski i zamieszkać w Krakowie. Czekają tam na mnie moja córka i żona.
LZ: Przez wielu ludzi jesteś kojarzony z "Nowym Dziennikiem", ale przecież pracowałeś też w tygodniku "abecadło". Jak wspominasz te lata?
JSz: Pracę w "abecadle" rozpocząłem w 2002 roku. Redakcja mieściła się wówczas na Randolph Ave. w Clifton, NJ. Zajmowałem się korektą i pisaniem tekstów o różnych wydarzeniach polonijnych. Robiłem też zdjęcia.
LZ: Wojtek (Marchel - właściciel "abecadła" - przypisek LZ) powiedział mi kiedyś, że gdy oddałeś mu pierwszy jego tekst, to był cały czerwony po Twojej korekcie. Przypominasz sobie ten tekst?
JSz: Tak, coś takiego kojarzę, ale nie pamiętam co w tym tekście było opisane. Z czasem było coraz lepiej, teksty stawały się coraz mniej czerwone. Powiedziałem autorom, że muszą dbać o odpowiedni styl i ortografię i że będę tego pilnował. Poskutkowało. Swoich błędów najczęściej nie widzi się, dobrze jest więc, gdy ktoś inny przeczyta tekst.
LZ: Jak już jesteśmy przy temacie "abecadła" powiedz, jakie chwile z pracy w tej redakcji zapamiętałeś?
JSz: Bardzo miło wspominam Polską Paradę Samochodową w Trójmieście, czyli w miastach Wallington, Garfield i Passaic w stanie New Jersey. Decyzja o tym, że ją robimy była związana z wejściem Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku oraz tym, że Sejm Polski uchwalił, iż 2 maja jest Dniem Polskiej Flagi oraz Dniem Polonii i Polaków Za Granicą. Nasza Parada Samochodowa były niesamowitym wydarzeniem. Z każdym rokiem była coraz większa i piękniejsza. Organizowaliśmy ją przez 6 lat.
LZ: Dlaczego nie była dalej kontynuowana?
JSz: Zakończyła się z bardzo banalnego, a jednocześnie bardzo trudnego powodu. My, "abecadło", organizowaliśmy ją. To wymagało ogromnej pracy i wsparcia ludzi. Coraz więcej samochodów brało udział w paradzie. Jednocześnie organizacja wymagała coraz więcej policjantów do zabezpieczenia imprezy. Były więc coraz większe opłaty za ochronę policyjną. I w pewnym momencie te opłaty były tak makabrycznie wysokie, że Ojciec Założyciel (Wojciech Marchel - przypis LZ) i my podjęliśmy decyzję, że już nie ma sensu organizować takiego wydarzenia.
LZ: Nie otrzymywaliście żadnych dotacji?
JSz: Były, ale tak skromne, że główny ciężar finansowy spadał na "abecadło".
LZ: Co jeszcze miło wspominasz?
JSz: Spotkania redakcyjne. Był taki czas gdy w redakcji "abecadła" pracowało 16 osób. Wojtek organizował spotkania wigilijne. To było fajne, że byliśmy razem, czuliśmy tę wspólnotę, składaliśmy sobie życzenia i razem spożywaliśmy kolację wigilijną. Po 2001 roku bardzo miło wspominam cotygodniowe spotkania czwartkowe w redakcji. Była oczywiście praca, trzeba było oddać kolejny numer "abecadła" do druku. Ale i też była to okazja, aby sobie porozmawiać, uśmiechnąć się do siebie. Tego będzie mi na pewno brakowało. I oczywiście też tych wszystkich wydarzeń polonijnych.
Janusz Szlechta (drugi od prawej) wraz z zespołem "abecadła" na redakcyjnej Wigilii.
LZ: Skoro już o nich mowa to które najmilej wspominasz?
JSz: Och! Było ich mnóstwo. Spotkałem bardzo dużo fajnych ludzi. Kiedyś byłem w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku i spotkałem Irenę Jarocką. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, że bywałem na jej koncertach, że pisałem o niej w "Nowym Dzienniku" i ona mówi do mnie: "Chodź na kawę". No i jak poszliśmy na tę kawę, to nie mogliśmy się rozstać.
Nasze spotkanie trwało bardzo długo. Ale noc zrobiła swoje. Trzeba było rozejść się. W efekcie tego spotkania powstał wywiad, który ukazał się w "Nowym Dzienniku", a potem w mojej książce. Kiedy moja książka z wywiadami - "Widziane stąd" - ukazała się, to rok później dowiedziałem się, że Irena Jarocka nie żyje. To były dodatkowe emocje i refleksje, że spotkałem się z taką osobą i zostawiłem kawałek historii o tej osobie.
Miło wspominam też spotkanie ze Stanem Borysem. W Wallington zorganizowano wieczór z poezją. Stan Borys przyjechał, pośpiewał z nami, no i przy okazji zrobiłem z nim wywiad. Pamiętam też, że kiedyś na Manhattanie spotkałem fotografa Jerzego Habdasa. Był on świadkiem zamachu na World Trade Center. Chodził po Manhattanie i fotografował tamte tragiczne wydarzenia. Opowiedział mi, jak to wszystko wyglądało. Zrobiłem z nim wywiad. Jerzy Habdas później wydał album o Nowym Jorku. Są tam zdjęcia po zamachu, jak wyglądał wówczas Dolny Manhattan. I takich wspaniałych ludzi poznałem naprawdę wielu.
LZ: A co najbardziej tobą wstrząsnęło? Jakie wydarzenie najbardziej przeżyłeś?
JSz: Było takie wydarzenie, ale go akurat nie opisałem. W 1995 roku przyjął mnie do pracy w "Nowym Dzienniku" Czesław Karkowski. Oczywiście miałem też interview z głównym założycielem i duszą tej gazety Bolesławem Wierzbiańskim. A że miałem doświadczenie dziennikarskie z Polski, rozmowy poszły gładko i przyjęto mnie do pracy. Niestety, Bolesław Wierzbiański zmarł w 2003 roku. Był to dla nas wszystkich bardzo duży szok. Bardzo to przeżyłem.
Po tym nastąpiło kolejne wydarzenie, które mną wstrząsnęło. W czerwcu 2011 roku "Nowy Dziennik" został sprzedany. A przyczyna była zupełnie prosta. Współwłaściciele i współzałożyciele odchodzili kolejno. Czas robił swoje. Zadecydowali więc, że sprzedadzą gazetę komuś, kto jest silniejszy i młodszy, i da radę dalej prowadzić gazetę. Kupili ją Edward Nowakowski i Nik Leszek Sadowski. Redakcja z 38th Street na Manhattanie, między 8. a 9. Aleją, została przeniesiona do Garfield, NJ.
Fajnie, że gazeta przetrwała, ale jednocześnie zmiana miejsca, zmiana właścicieli, odejście wielu ludzi, pojawienie się nowych - to był wstrząs. Oczywiście pozytywny, ale łzy ocierałem. Później redakcja "N.Dz" przeniosła się do Polskiej Fundacji Kulturalnej w Clark, NJ. Obecnie w tej redakcji już nikt nie pracuje, bo nie ma chętnych do pracy. Dawny budynek gazety na Manhattanie został wyburzony i dziś w tym miejscu stoi hotel La Quinta Inn.
LZ: Czy żałujesz przylotu do Stanów Zjednoczonych?
JSz: Wszystko ma swoją cenę. Największą cenę jaką zapłaciłem to było rozstanie z rodziną. Bardzo to przeżyłem. Moja córcia miała 5 lat, gdy wyjeżdżałem. Bywało, że wyłem z tęsknoty. Rzadko wtedy dzwoniłem do Polski, bo rozmowy telefoniczne były potwornie drogie. Pamiętam jak dzwoniłem, to córcia podbiegała do telefonu i pytała z płaczem: "Tata, kiedy przyjedziesz? Kiedy cię zobaczę?". Ale pamiętam też jej przyjazd do mnie do USA, kiedy była już studentką.
Moja córcia jest fanką komiksu. No i polecieliśmy do San Diego w Californii na Comic-Con. Największy festiwal komiksu na świecie. Stamtąd polecieliśmy do Calgary w Kanadzie, do naszych przyjaciół. Kiedy jechaliśmy samochodem z Calgary do Toronto, pamiętam jak moja córcia przytuliła się do mnie i powiedziała: "Tata, ja tak bardzo za tobą tęskniłam, jak ciebie nie było w domu, ale dziś jedziemy przez Kanadę. Tyle rzeczy zobaczyłam dzięki tobie. Gdyby ciebie nie było w Stanach, to ja bym tutaj nie przyleciała. Nie zobaczyłabym tylu fantastycznych miejsc. Nie przeżyłabym tylu fantastycznych wydarzeń. Nie poznałabym tylu wspaniałych ludzi gdyby nie ty, gdybyś nie był w Stanach Zjednoczonych".
Uważam, że mój wybór przylotu do USA był niełatwy, ale ważny i dobry. Spotkałem w Stanach i Kanadzie wspaniałych ludzi, uczestniczyłem w wielu ważnych dla Polonii wydarzeniach. Praca w polonijnych gazetach dała mi wiele radości i ukształtowała mnie jako dziennikarza. Wiele wydarzeń organizowałem, czy współorganizowałem.
Wspomnę tylko o kilku. Wspomniana wcześniej Parada Samochodowa z "abecadłem". Z Józefem Pałką, który prowadził Joseph’s Dance Studio, organizowaliśmy przez 4 lata Taneczną Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Na rzecz WOŚP zebraliśmy ponad 110 tysięcy dolarów. To był koniec lat 90-tych, początek 2000-nych. Na tamte czasy to było bardzo dużo pieniędzy.
Poza tym w 2007 roku założyłem kabaret "I po krzyku", w którym występował Grzegorz Heromiński - znakomity aktor, który grał m.in. w filmach "Vabank", "Vabank II" i "Kingsajz". Jesienią tegoż roku zorganizowałem I Kabareton Polonijny. Kabaretony odbywały się sukcesywnie przez 5 lat. Uczestniczyło w nich 5-6 kabaretów. Był nawet jeden z Kanady.
Pracując w "Nowym Dzienniku" dostałem telefon od Uty Szczerby - artystyki, projektantki mody, która zaproponowała abym napisał coś o projekcie zorganizowania Spotkania Wielkanocnego przy pomniku króla Władysława Jagiełły w Central Parku na Manhattanie. No i tak zaczęły się coroczne, niedzielne Śniadania Wielkanocne. Tradycja ta utrzymuje się do dziś, a obecną ich organizatorką jest Elżbieta Święszek. No więc mam co wspominać. Mam o czym gadać. Nie byłoby tego, gdybym nie przyleciał ponad 30 lat temu do Stanów Zjednoczonych. Za niektórymi spotkaniami i ludźmi na pewno będę tęsknił.
LZ: Znając Ciebie i twoją aktywność, o pójściu na emeryturę nie ma nawet mowy. Czy wiesz już co będziesz robił w Polsce?
JSz: Nie wyobrażam sobie życia, abym cały czas siedział przed telewizorem czy komputerem lub na telefonie. Jeżeli już, to po to, aby pracować i pisać. Mam konkretne plany. Zrodził się pomysł na kolejne książki. Jest już prawie gotowy drugi tomik wierszy oraz zbiór opowiadań amerykańskich. Będę też chciał wydać książkę, którą kiedyś przed laty przetłumaczyłem z niemieckiego na polski. Książkę tę, zatytułowaną "Die Hundeblume" ("Kwiatuszek"), napisał Wolfgang Borchert. Był on żołnierzem Wehrmachtu. Walczył pod Stalingradem. Opisał wojnę widzianą oczyma zwykłego żołnierza. Jest to zupełnie inny obraz wojny, niż ten który znamy z podręczników do historii. Takie są moje plany.
LZ: Dziękuję bardzo za rozmowę. Życzę Ci powodzenia w Polsce i zrealizowania wszystkich przedsięwzięć. A jak je zrealizujesz, to życzę nowych pomysłów.
Rozmawiała: Ludwika Zajkowska