W ostatnich dniach pojawiły się dwie bardzo atrakcyjne dla Amerykanów propozycje. Obydwie zostały złożone przez ważnych polityków.
Dwóch polityków ponownie zgłosiło projekt ustawy o nazwie Thirty-Two Hour Workweek Act. Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o wprowadzenie w Stanach Zjednoczonych tygodnia pracy, który standardowo miałby 32 godziny. Obecnie jest to 40 godzin, czyli 5 dni pracy po 8 godzin. Do przepracowania 32 godzin wystarczą tylko 4 dni po 8 godzin.
Ustawę zgłosił demokratyczny kongresman z Kalifornii Mark Takano oraz senator Bernie Sanders, który obecnie występuje jako polityk niezależny i demokratyczny socjalista. 85-letni Sanders wielokrotnie startował w wyborach jako demokrata, starał się nawet o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 2016 i 2020 roku.
Zgłoszona ustawa nie wprowadziłaby obowiązkowego skrócenia czasu pracy do 32 godzin w tygodniu. Nakazywałaby jedynie płacenie nadgodzin pracownikom, którzy będą pracować dłużej niż te 32 godziny. Zmniejszanie tygodnia pracy z 40 do 32 godzin byłoby ponadto stopniowe.
Sanders i Takano argumentują, że rozwój sztucznej inteligencji, automatyzacja pracy i rosnąca produktywność powodują, że Amerykanów stać na krótszą pracę. Krótszy tydzień oznaczałby ponadto, że więcej osób zachowa pracę w procesie wprowadzania sztucznej inteligencji.
Krytycy propozycji twierdzą, że konieczność płacenia za nadgodziny już po 32 godzinach pracy w tygodniu zwiększy koszty pracy dla pracodawców. To spowoduje konieczność podwyższenia cen produktów i usług. Zahamuje też podwyżki płac, bo pracodawców nie będzie na nie stać. Pracodawcy zapewne będą też ograniczać różne benefity dla pracowników, aby zmniejszyć koszt pracy.
Karty pracowników i starego typu zegar do zaznaczania na kartach godzin wejścia i wyjścia z pracy.
Skrócenie tygodnia do 4 dni pracy brzmi bardzo atrakcyjnie. Politycy w różnych krajach chętnie mówią o takiej możliwości, licząc na zdobycie sympatii wyborców. Niewielu jednak zdecydowało się rzeczywiście wprowadzić takie rozwiązanie. W Brazylii dyskutuje się o skróceniu pracy, ale chodzi o zmniejszenie maksymalnej długości tygodnia pracy z 44 do 40 godzin.
Poniżej 40 godzin zeszła jedynie Francja. Od ponad dwóch dekad obowiązuje tam 35-godzinny tydzień pracy. I jest to tam ponownie gorącym tematem, przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Niektórzy politycy mówią o konieczności powrotu do 40 godzin, wskazując na małą konkurencyjność francuskiej gospodarki i słaby wzrost gospodarczy, a także na starzejące się społeczeństwo i przeciążenie systemu socjalnego.
We Francji są jednak także politycy, którzy proponują dalsze skrócenie pracy do 32 godzin w tygodniu. Choć jest to bardzo populistyczna propozycja i wydaje się nierealna, może przysporzyć im wyborców gotowych na nich zagłosować. Sprawy ekonomiczne są zawsze silnym bodźcem do głosowania na określonych polityków.
Przez portfel chce trafić do wyborców także prezydent Donald Trump. Na konwencji Partii Republikańskiej w ciągu weekendu ogłosił niespodziewanie nagrodę dla Amerykanów. Wypłaci ją jednak tylko wtedy, jeżeli w wyborach 3 listopada zagłosują na republikanów i spowodują, że zdobędą oni większość zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie. Nagroda ma wynosić 5 tysięcy dolarów dla każdego dorosłego obywatela USA.
Oświadczenie Trumpa wywołało komentarze, że jest to korupcja polityczna w czystej postaci. Kupowanie głosów nie podoba się nawet niektórym republikanom. Ponadto wypłata takich pieniędzy dla 270 milionów dorosłych Amerykanów byłaby potężnym kosztem. Zwiększyłaby dług publiczny o 1,35 biliona dolarów.
Na taki wydatek musiałby się zgodzić Kongres, co jest bardzo wątpliwe. Ponadto sam prezydent jest niewiarygodny, bo obietnica wypłaty składana przez niego jest już kolejną tego typu. Trump zapowiedział już kiedyś 5 tysięcy dolarów "dywidendy" od wspaniale rozwijającej się gospodarki - jak twierdził prezydent. Miała być wypłacona przez specjalny Departament Rządowych Oszczędności DOGE, kierowany przez Elona Muska. Trump obiecał także po 2 tysiące dolarów dla każdego Amerykanina z pieniędzy z pobranych ceł. Tłumaczył, że cła "płacą obce państwa", chociaż w rzeczywistości płacą je amerykańscy importerzy. Do żadnej z obiecanych wypłat nigdy nie doszło.