Od złota do błota

Na kolejny tydzień przeciągnęła się sprawa fałszywych alarmów, zgłaszanych pod adresami związanymi z prawicą. To znaczy przeciągają ją politycy opozycji, którzy wyczuli w niej polityczne złoto. Wszak do mieszkań związanych z opozycją włamują się służby! Czyż to nie najlepszy dowód na to, jak okrutny reżim panuje w Polsce?

W dodatku informacja, że do mieszkań włamują się służby jest prawdziwa! Powtarzający ją politycy pilnują się jednak, aby nie dokończyć zdania - służby... ratownicze. Pozostają przy haśle "służby", które nasyła na nich Tusk. Więc wszyscy mogą sobie sami dopowiedzieć: służby specjalne. Czyli reżim.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński się nie pilnował i pożeglował w swoich teoriach: "Zawsze gdy kruszy im się grunt pod nogami, stosują te same metody: prowokacje, insynuacje zmierzające do zastraszenia przeciwników politycznych i ich rodzin. Kolejna granica została przekroczona: zaatakowano mieszkanie matki prezydenta". Znaczy te fałszywe alarmy robi reżim Tuska.

Po wejściu służb (tych ratowniczych) do mieszkania mamy prezydenta Karola Nawrockiego zarzuty pod adresem Tuska polały się już jak wodospad. Piana też była tak samo wielka. Największą ubił nowy szef BBN Bartosz Grodecki. Stwierdził, że wejście strażaków "dotyczy głowy państwa, jego bezpieczeństwa". Wprawdzie w mieszkaniu nie było Nawrockiego, ani nawet jego mamy, ale Grodecki uznał, że zagrożone było życie prezydenta. Nie wyjaśnił jednak, jak strażak w Gdańsku miał zabić sikawką prezydenta w Warszawie. Ale najważniejsze, że służby zaatakowały prezydenta.

Bo przecież sam fakt, że strażak ośmielił się sprawdzać, czy w mieszkaniu mamy prezydenta nie dzieje się coś złego (były dwa zgłoszenia - jedno o pożarze, drugie o nieprzytomnej osobie), było już zamachem. Szef BBN uznał, że "kompromitacją i bulwersującym zachowaniem jest to, że w ogóle do takiej sytuacji doszło". Bo "adres ten był znany policji". Każdy człowiek rozumie, że jeżeli adres ten był związany z prezydentem (!), to żadnego pożaru tam być nie może!

Kompromitację Tuska ogłosił też rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz. Jak można było wchodzić do takiego mieszkania?! Skoro policja ten adres zna, to każdy funkcjonariusz policji i każdy strażak, też powinien go znać. Powinien znać wszystkie adresy związane z opozycją i nigdy tam nie wchodzić. Niech się wali, pali - nie wolno! Myślę, że potrzebny jest spis wszystkich nieruchomości działaczy PiS, żeby do kompromitacji już nie dochodziło.

Z samym Nawrockim może być tu problem, bo jak pamiętamy z kampanii wyborczej, nie przyznaje się do niektórych mieszkań. Być może tylko do tych skradzionych starszym ludziom. Ale zainteresowanie jednym z takich mieszkań bardzo go denerwowało i podawał ciągle inną wersję, aż w końcu podał... do sądu media, które go o to wypytywały.

Na służby - nie ratownicze, ale specjalne - narzekał doradca prezydenta Błażej Poboży. Oburzał się, że mieszkanie mamy Nawrockiego nie było obiektem ochranianym przez Służbę Ochrony Państwa. To według niego skandal. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że dokopał kolegom z Kancelarii Prezydenta. Bo zgodnie z obowiązującymi od dawna przepisami, taki obiekt do ochrony powinna zgłosić ochrona prezydenta albo jego kancelaria. A tu nikt tego nie zrobił. Wina Tuska.

Poboży dokopał także kolegom z PiS. Bo okazało się, że gdy rządzili służbami (tymi specjalnymi) to też nie ochraniali mieszkania rodziców prezydenta Andrzeja Dudy. Jak to ujął doradca prezydenta - skandal!

Mimo wszystko, politycy PiS kręcili temat fałszywych alarmów stawiając się w roli ofiar reżimu. Taka rola to polityczne złoto. Szczególnie, że wykrycie autorów takich alarmów jest bardzo trudne. Służby pod rządami PiS nie poradziły sobie z wieloma fałszywymi alarmami. Politycy uznali więc, że temat będzie można ciągnąć długo i wciąż oskarżać, że to rząd sam przeprowadził prowokację.

Ale polityczne złoto może szybko obrócić się w błoto. W środę okazało się, że zatrzymane są już trzy osoby, odpowiedzialne za pierwsze fałszywe alarmy. Pierwszą z nich sąd zgodził się już aresztować na trzy miesiące. Służby Tuska wykazały się więc skutecznością. Na tym tle media przypominają prowokacje wobec osób związanych z opozycją, gdy rządził PiS.

Wtedy córka byłego szefa CBA, Pawła Wojtunika, otrzymała telefon - spod jego numeru - że jej ojciec "nie żyje, nie oddycha". Z kolei ktoś korzystając z numeru córki Romana Giertycha rozsyłał alarmy bombowe. Taki sam problem miała żona senatora Krzysztofa Brejzy. Z numeru telefonu jej kancelarii adwokackiej wysłano fałszywe wiadomości o podłożonych bombach w szpitalach. Żadnej z tych spraw, służby specjalne PiS nie wyjaśniły.

Po drugiej stronie barykady politycznej, złotem miał być też Aleksander Miszalski. Po wygraniu przez niego wyborów na prezydenta Krakowa wielu widziało w nim przyszłego "premiera z Krakowa". Tego marzenia nie zrealizował kiedyś Jan Maria Rokita z Platformy Obywatelskiej i Miszalski chyba też się tego nie doczeka. Bo właśnie krakowianie zwolnili go z pracy. Może to jakieś fatum tego hasła?

Albo raczej słabe radzenie sobie w fotelu prezydenta dużego miasta. Olek chyba uwierzył, że jest tym złotem i długo będzie świecił. Tymczasem przykleiło się do niego błoto. Wprowadził tzw. strefę czystego transportu (SCT) na obszarze 60% miasta. Takie strefy wprowadza wiele europejskich metropolii, w trosce o czyste powietrze. Zrobiła to też Warszawa. W Krakowie potrzeba jest bardzo duża, bo smog jest tu od dawna problemem.

Ale SCT oznacza, że do Krakowa nie mogą wjeżdżać samochody starsze niż 21-letnie. Mieszkańców Krakowa to nie dotyczy, ale pomysł im się najwyraźniej nie spodobał. W sondażu przyznali, że SCT była głównym powodem, dla którego chcieli odwołać prezydenta miasta. Były też inne, jak na przykład podwyżka cen biletów komunikacji miejskiej. Ale najważniejsza była - jak to ujęło prawicowe pismo "Do Rzeczy" - "ideologiczna ofensywa Miszalskiego w postaci wprowadzenia Strefy Czystego Transportu".

Nie chodzi więc o czyste powietrze, ale o ideologię. Z tą ideologią w ogóle jest ciekawie, bo ludzi biednych - którzy mają stare samochody - broni zwykle lewica. Tym razem upomniała się o nich prawica, której różne odłamy skrzyknęły się w Krakowie, aby zorganizować referendum w sprawie odwołania złotego Olka. Najważniejsza była frekwencja, bo do uznania referendum za wiążące, musi wziąć w nim udział 3/5 liczby wyborców, którzy prezydenta wybrali. To oznaczało liczbę prawie 27% uprawnionych do głosowania. W referendum wzięło udział prawie 30% i oczywiście niemal wszyscy w tej grupie chcieli odwołania Miszalskiego.

Prezydenta odwołano, ale do odwołania Rady Miasta frekwencji zabrakło. Jeżeli w nowych wyborach prezydentem zostanie przedstawiciel prawicy, będzie kłopot. Bo w Radzie większość ma KO i Lewica. Czyli sytuacja będzie taka, jak we władzach państwa - prezydent i rząd z różnych opcji.

Sytuację we władzach państwowych dałoby się naprawić, gdyby obowiązywały takie same przepisy, jak dla władz miasta. Na Nawrockiego głosowało 10,6 mln ludzi. 3/5 z tej liczby to 6,36 mln wyborców. To zaledwie 21,7% uprawnionych do głosowania. Tyle wystarczyłoby, aby prezydenta odwołać ze stanowiska.

Ale to się nie zdarzy, bo takich przepisów nie ma. Karol będzie nam więc dalej świecił jak złoto, bez względu na to, jakie zrobi błoto.

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!