Wtorek, 3 listopada to dzień wyborów, określanych jako midterm. Nazwa ta nawiązuje do momentu ich przeprowadzania, to znaczy środka kadencji prezydenta. Po polsku używane jest określenie "wybory połówkowe", nawiązujące do połowy kadencji, ale mogące też mylnie sugerować, że tylko połowa legislatorów jest wybierana. W rzeczywistości wybory dotyczą całej Izby Reprezentantów, gdyż kadencja 435 kongresmenów trwa tylko dwa lata. Senatorowie mają kadencję 6-letnią, a co dwa lata w wyborach startuje jedna trzecia ze 100 senatorów - dwa razy po 33 i raz 34 senatorów. Tego samego dnia odbywają się wybory niektórych gubernatorów i innych władz lokalnych, przeprowadzane są też różne referenda.
W tym roku kończy się kadencja 33 senatorów, ale wybieranych będzie 35, gdyż są dwa dodatkowe wakaty po senatorach, którzy przeszli do rządu. Jest to mandat senatora w Ohio, który zostawił wiceprezydent JD Vance oraz mandat na Florydzie, gdzie miejsce w Senacie opuścił Marco Rubio, aby zostać sekretarzem stanu. Wybrani na ich miejsce senatorowie przejmą po nich mandat, ale także kadencję, która skończy się za dwa lata. Wtedy będą musieli stanąć do wyborów ponownie.
W wyborach środka kadencji niemal zawsze źle wypada partia aktualnego prezydenta. W 2022 roku, w połowie kadencji prezydenta Joe Bidena republikanie mieli w sondażach tylko 2,7% przewagi. Ale to przełożyło się na zdobycie 9 nowych mandatów (tzn. utrzymanie dotychczasowej ich liczby i dołożenie do niej jeszcze 9) i zdobycie przewagi w Izbie Reprezentantów.
W 2018 roku, w połowie pierwszej kadencji prezydenta Donalda Trumpa demokraci prowadzili w sondażach z przewagą 7,2%. To również przyniosło zmianę, kto ma większość w niższej izbie Kongresu. Demokraci zdobyli bowiem aż 41 dodatkowych miejsc w tej izbie.
Kapitol w Waszyngtonie, miejsce obrad amerykańskiego Kongresu.
W okresie rządów Baracka Obamy scena polityczna nie była jeszcze aż tak spolaryzowana jak obecnie. Niektórzy wyborcy wahali się do ostatniej chwili na kogo głosować. Ale przewaga w sondażach potwierdziła się w wynikach wyborów. W 2010 roku republikanie mieli 6,5% przewagi w sondażach i zdobyli aż 63 nowe mandaty kongresmanów. W 2014 roku przewaga wynosiła tylko 2,5%, a republikanie zwiększyli liczbę kongresmanów o 13.
W tym roku przewaga w sondażach wynosi 9% na korzyść demokratów. Powszechnie spodziewane jest więc ich zdecydowane zwycięstwo w Izbie Reprezentantów. Zapewne powiększą też stan posiadania w Senacie, ale nie ma pewności, czy zdobędą większość. Zresztą ze względu na specyfikę głosowania w Senacie, do niepodzielnego rządzenia w tej izbie potrzeba w praktyce aż 60 mandatów, na co żadna partia nie ma obecnie szans.
Zwycięstwo demokratów w Izbie Reprezentantów może również zostać ograniczone. Republikanom udało się bowiem w siedmiu stanach zmienić granice dystryktów wyborczych, aby głosy na ich kandydatów korzystnie się rozłożyły. Demokraci zrobili to samo w dwóch stanach. Działanie określane jako gerrymandering jest stosowane od dawna przez obydwie partie. Jest skuteczne, bo w Stanach Zjednoczonych okręgi wyborcze są jednomandatowe. Aby to wyjaśnić, posłużmy się przykładem.
Jeżeli w każdym z trzech sąsiadujących okręgów partia X ma po 45% głosów, to w żadnym z nich nie zdobędzie mandatów. Na łącznie 300% głosów w trzech okręgach (3 razy po 100% wyborców w każdym okręgu) ma 135% głosów. Po zmianie granic okręgów może się okazać, że w jednym okręgu partia X ma tylko 25% głosów. Ale w dwóch pozostałych zbierze po 55% i zdobędzie dwa mandaty. To oczywiście czysto teoretyczny i ekstremalny przykład, ale pokazuje, jak przesuwanie granic może zmienić wynik wyborów.
Nawet bez przesuwania granic, ogólnokrajowe sondaże poparcia dla każdej z partii nie oznaczają proporcjonalnego wyniku w wyborach. Bo ze względu na jednomandatowe okręgi ważne jest, jak głosy poparcia się rozłożą. Dlatego prowadzone są też analizy dotyczące poszczególnych okręgów. O podsumowaniu tych analiz i przewidywaniach dotyczących liczby zdobytych mandatów napiszemy jutro.
A już dziś zachęcamy do wzięcia udziału w wyborach. W Stanach Zjednoczonych prowadzone są dokładne statystyki, kto bierze udział w wyborach. Politycy je analizują, sprawdzając jakich grup społecznych powinni słuchać szczególnie, aby zdobyć jak największe poparcie. Im większy udział Polonii w wyborach, a także wyższa frekwencja w danej okolicy, tym bardziej politycy będą się liczyć z potrzebami lokalnej społeczności.