Kajtek marzył o nowej grze na komputer. W końcu dostał ją pod choinkę, więc od razu chciał ją uruchomić. Trzeba było założyć konto, żeby móc w nią grać, więc tata chciał w tym synowi pomóc. "Ja sam, ja sam!" zaprotestował Kajtek. "Zostaw, tata, ja sam. To moja gra, ja sam" - krzyczał chłopak. I kazał ojcu wyjść z pokoju, żeby samemu uruchomić grę.
Po dłuższym czasie wyszedł z pokoju z wypiekami na twarzy. "Ale super ta gra!" - skomentował. "Widzisz, sam dałem radę, tata" - stwierdził z dumą. "A ty mógłbyś coś jeszcze zepsuć, bo dorośli się na grach nie znają. Lepiej jej nie ruszaj, a ja ci pokażę jak się gra" - ostrzegł Kajtek.
Następnego dnia Kajtek znowu zamknął się w pokoju i zapowiedział, żeby mu nie przeszkadzać, bo będzie grał. Niedługo potem wyszedł jednak z pokoju, w zupełnie innym nastroju niż poprzedniego dnia. "Tataaa..." - zaczął cicho i nieśmiało. "Jak to się robi, żeby się zalogować do gry?" - zapytał w końcu.
"No trzeba podać swoje hasło" - odpowiedział tata. "Bo ja wpisuję różne hasła i ciągle mi pokazuje, że jest złe" - mówi Kajtek. "Jak to różne? Musisz wpisać te, które podałeś wczoraj, jak zakładałeś konto" - tłumaczy zdziwiony tata. "No, ale ja nie pamiętam, jakie ja podałem... Możesz mi pomóc się zalogować? Bo ta gra jest naprawdę wciągająca" - płaczliwym głosem prosi chłopak.
Napisałam tę historyjkę, bo chyba tak najlepiej przedstawić sytuację, jaka powstała na szczytach naszej władzy. Karol Nawrocki zostając prezydentem dostał nie lada zabawkę. Wcześniej nie bawił się w politykę, ale zabawa w prezydenta wydawała się tak atrakcyjna, że z chęcią stanął do wyborów. Słuchał różnych speców od wizerunku, jak się zachowywać, co mówić, a najważniejsze - czego nie mówić. Po kilku wpadkach nauczył się odpowiednio prezentować i wybory wygrał.
Potem przyszedł jednak czas na używanie zabawki. Gra w prezydenta okazała się bardzo wciągająca. Ba, mówi się, że władza jest jak narkotyk. Jak zażyjesz, chcesz go coraz więcej. Karol Nawrocki już jako prezydent poczuł się mocny. Nie chce już nikogo słuchać, chce władzy dla siebie. Ja sam! I niech nikt mi tu nie mówi, co mam robić. To ja będę wszystkich pouczał, że robią źle, że są nieudolni, że się nie znają.
Minęło kilka miesięcy takiego rządzenia. Albo raczej rządzenia się. Wytykania rządowi, że nic nie umie i nie jest odpowiednio pokorny wobec prezydenta. Tusk ma wszystko ze mną konsultować, o wszystko pytać, bo inaczej wszystko będę mu wetował. Jak chce cokolowiek zrobić, musi prosić mnie o pozwolenie. To ja mu będę mówił, co ma robić.
Było fajnie, można było w tę gierkę pograć kilka miesięcy. Ale gierka nagle się zacięła. Konto zablokował największy sojusznik Nawrockiego, Donald Trump. Największy jego atut, którym z dumą wymachiwał przez wszystkie te miesiące. Widzicie? To moja gra! Tylko ja mogę z nim rozmawiać. On tylko mnie uznaje jako wodza Polski. Patrzcie i podziwiajcie. I uczcie się, jak się robi wielką politykę.
Nagle atut stał się przekleństwem. Bo prezydent Trump wymyślił, że zbuduje Radę Pokoju. Organizację, która ma wprowadzać pokój w różnych miejscach na Ziemi. I zaprosił do niej przywódców z różnych krajów. Tym wyróżnieniem obdarował także swojego przyjaciela z Polski, Karola Nawrockiego.
Ale Karol wcale się nie ucieszył. Bo w Radzie ma być także Putin i Łukaszenka. Przecież prezydent nie usiądzie razem z mordercami i dyktatorami przy jednym stoliku. I nie będzie udawał, że wierzy, że chodzi im o pokój. Ale jak tu odmówić wielkiemu sojusznikowi zza oceanu? Co robić? Co robić?!!!
Mądre głowy dookoła prezydenta zaczęły radzić. Radziły, radziły i nic nie uradziły. Tak źle i tak niedobrze. Trudno, trzeba zapytać Tuska, co robić. Cooo? Tuska??? Przecież to ja mam mu mówić, co robić! A czy pan prezydent wie, co robić? No, nie. No to wysyłamy pismo do rządu. Niech nam poradzą.
Duże musiało być zdziwienie, gdy pismo dotarło do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. To pewnie to zdziwinie tak ich zablokowało, bo żadnej szybkiej odpowiedzi nie było. A ekipa prezydenta się niecierpliwiła, bo trzeba było coś Trumpowi odpowiedzieć. Tylko co? "Liczymy, że prace w rządzie, prace eksperckie, opiniodawcze, nieco przyspieszą" - mówił skromnie Marcin Przydacz. On sam jest u prezydenta szefem Biura Polityki Międzynarodowej. Ale jak widać, ekspertem się nie czuje.
Odpowiedź nie nadchodziła. Przydacz coraz bardziej podenerwowany tłumaczył dziennikarzom, że prezydent nie wie, co zrobi. I nawet nie próbował standardowego wyjaśnienia, że to wina Tuska. Choć faktycznie, wina Tuska była, bo jego rząd nic jeszcze prezydentowi nie podpowiedział. Ale na podpowiedzi bardzo prezydentowi zależało, więc lepiej Tuska nie drażnić. Stąd tylko tłumaczenie Przydacza: "Wystosowaliśmy pismo do MSZ z prośbą o opinię (...), jeszcze nie mamy odpowiedzi".
Aż trudno uwierzyć w te słowa. Prośba? Tego jeszcze nie było. I oficjalne przyznanie, że nie wiedzą, co zrobić, bo MSZ jeszcze im nie powiedziało. Tego też nie było. Nagle okazuje się, że prezydent nie chce prowadzić polityki zagranicznej. W dodatku dlatego, że nie wie jak. Prosi więc ten nieudolny rząd Tuska, żeby mu pomógł.
To jeszcze nie koniec. Odpowiedź nie nadchodziła, ponaglenia Przydacza nie wystarczały, więc trzeba było dokonać czegoś jeszcze mocniejszego niż upokarzająca prośba na piśmie. Prezydent zadzwonił do premiera. Tak! Do Tuska! A to nie tak miało być. To Tusk miał prosić, pytać, czekać na odpowiedź. A jak dzwonił, to Nawrocki nie odbierał.
A teraz taka obsuwa. Ale nie było wyboru. Bo co ma powiedzieć Trumpowi. Może zachować się tak samo, jak w kampanii wyborczej i na niewygodne pytanie odpowiedzieć Trumpowi, że w sprawie Rady Pokoju "nie uważam nic". No nie, to było dobre na kampanię wyborczą, ale nie na strategiczne rozmowy z prezydentem USA. Tusku ratuj!
I wiecie co? Tusk poratował. Najpierw napisał, a potem powtarzał to samo dziennikarzom. Stwierdził, że w Polsce, decyzję o przystąpieniu do międzynarodowej organizacji podejmuje rząd. A potem może być jeszcze wymagana ratyfikacja przez parlament.
Niektórzy mówią, że chciał w ten sposób utrzeć nosa prezydentowi, pokazując po raz kolejny, kto tu rządzi. Pewnie tak. Ale jednocześnie rzucił Nawrockiemu koło ratunkowe. Prezydent może teraz spokojnie odpowiedzieć Trumpowi, że on sam to oczywiście chce do tej Rady, ale zły Tusk nie pozwala.
Nawiasem mówiąc, myślę, że dla Polski to też byłoby niezłe rozwiązanie. Ale nie wiem, jak to się wszystko zakończy.
Dziwi mnie jednak, że politycy PiS tak ochoczo od razu opowiedzieli się za przystąpieniem do tej rady Trumpa. Nagle towarzystwo Putina im nie przeszkadza? Ileż to razy wypominali Tuskowi, że spotkał się z Putinem na sopockim molo. To jedno spotkanie wystarczało, żeby określać Tuska zdrajcą i współzabójcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A teraz chcą z Putinem siadać przy jednym stole w cyklicznych spotkaniach?!
Tłumaczą, że przecież Putin jest też w ONZ. Ale był w ONZ, gdy chodził z Tuskiem po molo i to nie usprawiedliwiało Tuska. Zdrada i koniec. A teraz co?
Może najlepszym podsumowaniem jest komentarz ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. On z kolei był ciągle oskarżany o to, że prawie dwie dekady temu popierał pomysł prezydenta Obamy resetu z Rosją. To też miała być zdrada. Ale popieranie resetu organizowanego przez Trumpa to co innego. "Mój reset lepszy niż twój" - napisał Sikorski pod zdjęciem Trumpa ściskającego dłoń Putina.