Tak się ostatnio składa, że polityka polska splata się z wydarzeniami w Stanach Zjednoczonych. O Ameryce pisać wam oczywiście nie będę, bo to raczej wy moglibyście mi o niej opowiadać. Ale jedna z wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa była w ostatnich dniach przedmiotem intensywnych debat w Polsce. Chodzi o stwierdzenie, że USA nie potrzebowały wcale pomocy sojuszników NATO, którzy wspierali Amerykanów w Iraku i Afganistanie po atakach terrorystycznych we wrześniu 2001 roku. Walczyli tam żołnierze z wielu krajów, m.in. z Polski, po uruchomieniu artykułu 5 paktu NATO o wzajemnej pomocy.
Prezydent Trump przyznał, że do Iraku i Afganistanu pojechali żołnierze wielu krajów. Ale dodał, że "trzymali się z tyłu". To wręcz rozjuszyło sojusznicze państwa, a szczególnie żołnierzy, którzy przelewali za Amerykanów swoją krew. Również polskich żołnierzy, z których 43 zginęło (a także jeden pracownik cywilny wojska). W obronie honoru swoich żołnierzy najostrzej wystąpił premier Wielkiej Brytanii, na co Trump zareagował łagodzącym wypowiedź "uzupełnieniem". Ostro wypowiedziała się także premier Włoch.
Im dalej na wschód, tym reakcje były łagodniejsze. Mimo to, polski premier przypomniał wpisem w internecie sytuację z 2011 roku. Donald Tusk był wtedy przy pożegnaniu w Afganistanie pięciu poległych Polaków, a amerykańscy żołnierze mówili mu, iż nigdy nie zapomną poświęcenia swoich sojuszników. Tusk poprosił we wpisie, aby ci żołnierze przypomnieli teraz o tym Trumpowi.
Powszechnie była oczekiwana wypowiedź prezydenta Karola Nawrockiego. Wszak jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, o czym przy wielu okazjach chętnie przypomina. Teraz jednak jakby o tym zapomniał. Długo się zbierał z reakcją, choć miał na nią szansę już w Davos, gdzie osobiście rozmawiał z Trumpem przez 40 minut. Odezwał się dopiero następnego dnia, późno w nocy, już po wpisie Tuska i "zachęcie" ministra Radosława Sikorskiego, aby "upomniał się o honor naszych żołnierzy".
Nawrocki pochwalił w swoim wpisie polskich żołnierzy, ale w żaden sposób nie zwrócił się do prezydenta Trumpa. A przecież na jego - jakąkolwiek - odpowiedź mogliśmy liczyć także dlatego, że ma ponoć doskonałe relacje z Trumpem. Kto, jak nie przyjaciel, powinien w takiej sytuacji odważyć się zwrócić uwagę, że Polacy walczyli nie tylko na tyłach, ale też na pierwszej linii i ginęli w walce prowadzonej przez Amerykanów.
Nie zgadzam się z opinią, że w polityce nie ma przyjaciół, są tylko interesy. Osobiste znajomości bardzo pomagają w negocjowaniu korzystnych umów. Ale w przypadku prezydenta Nawrockiego trudno mówić o znajomościach. Prezydent Trump zaprasza go na rozmowy, mówi pod jego adresem miłe słowa, ale dla Polski nic z tego nie wynika. W tym przypadku może to nawet zaszkodziło, bo Nawrocki zapewne nie chciał się narazić i w końcu nie upomniał się o honor naszych żołnierzy. Z jakim przekonaniem będą teraz do niego wołać "Czołem, panie prezydencie"?
W Polsce działy się też dobre rzeczy. W ubiegłą niedzielę odbył się 34. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pieniądze zbierane były - i ciągle jeszcze są na internetowych aukcjach - na leczenie dziecięcych brzuszków. Jak zwykle impreza przygotowana była z pompą i emanowała pozytywną energią. Tak jak od 34 już lat! Nie ma na całym świecie drugiej takiej akcji charytatywnej, która tak porusza cały naród.
No, może nie cały. Nie słyszałam, żeby prezydent Nawrocki coś wystawił na aukcję, jak to robił prezydent Duda. A przez osiem lat rządów PiS, władza próbowała z akcją wręcz walczyć. Tak jest, nie chodzi tylko o to, że jej nie wspierała. Telewizja Polska otrzymała zakaz medialnej oprawy finału, po wielu latach współpracy z WOŚP. Pamiętamy, jak wymazywano elektronicznie z obrazu serduszka, które na kurtkach mieli naklejone niektórzy rozmówcy TVP. To było śmieszne, ale zaszczuwanie lidera akcji Jerzego Owsiaka śmieszne już nie było. Podobnie jak śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza w czasie imprezy WOŚP, który także był zaszczuwany przez TVP, co sprowokowało szaleńca do zabicia go.
Miło widzieć, że WOŚP i ludzie go tworzący wszystko to przetrwali. Paradoksalnie, WOŚP się wręcz wzmocniła, bo im bardziej władza PiS go atakowała, tym więcej pieniędzy ludzie wpłacali. Ale i teraz, gdy wszystko znowu jest normalnie, Polacy grosza nie skąpią.
Najważniejszy jest efekt, bo praktycznie w każdym szpitalu w Polsce widać sprzęt z serduszkiem WOŚP. Mam nadzieję, że dostrzeże go także Jarosław Kaczyński, który trafił właśnie do szpitala. Życzę mu oczywiście zdrowia, a jak przekonuje jego otoczenie, chodzi tylko o przeziębienie i profilaktyczne badania. Być może użyty zostanie sprzęt zakupiony przez WOŚP, bo w niektórych akcjach pieniądze były zbierane także na sprzęt geriatryczny. Za kilka dni prezes PiS zapewne wyjdzie ze szpitala, a ja oczekuję jego radykalnej zmiany podejścia do WOŚP. Choć na oficjalne ogłoszenie tego, zapewne nie mam co liczyć.
Powinien jednak wycofać się z ciągle stawianych zarzutów o ręczne sterowanie w sądach i w ogóle wprowadzenie w Polsce dyktatury. Chodzi o wyrok, który zapadł w dość oczywistej sprawie pomówienia znanego polityka o to, że jest przestępcą. Sąd przyznał, że polityk żadnym przestępcą nie jest i stwierdzenie było wierutnym kłamstwem. Ale żadnej kary za to nie będzie, bo to oszczerstwo miało "znikomą szkodliwość społeczną".
Tak, wiem, to brzmi rzeczywiście jak sąd wydający wyrok na zamówienie władzy. Choć do przestępstwa ewidentnie doszło, sprawca nawet nie musi powiedzieć słowa "przepraszam". Tyle tylko, że zwolnionym od kary jest... Jarosław Kaczyński! Za oszczerstwo pozwał go europoseł Krzysztof Brejza z Koalicji Obywatelskiej. Prezes PiS stwierdził, że Brejza dopuścił się "odrażających przestępstw". Oczywiście nie potrafił tego dowieść, bo Brejza nie był nawet o nic oskarżony. Sędzia przyznał, że Kaczyński kłamał, ale żadnej kary mu nie wyznaczył. Choćby powiedzenia "przepraszam".
I to ma być dyktatura?! Sędzia na telefon? Sędzia tłumaczył swój wyrok o "znikomej szkodliwości społecznej" tym, że oszczerstwo nie padło na jakiejś konferencji prasowej, z udziałem wielu dziennikarzy. Miało więc nie dotrzeć do szerszej opinii publicznej. A gdzie padło? Na sejmowej komisji śledczej w sprawie Pegasusa! Na przesłuchanie Kaczyńskiego wszyscy wyczekiwali z zapartym tchem. A już na pewno z dużo większym zainteresowaniem, niż na jakąś konferencję. Ale sędzia tego nie zauważył.
Krzysztof Brejza zapowiedział, że odwoła się od tego wyroku do wyższej instancji. Musi, bo dyktatura nie stanęła w jego obronie. Obroniła Kaczyńskiego. Mimo to, w innych sądowych sprawach wciąż zarzuca się sędziom działanie na polityczne zlecenie. Tak jest na przykład w sprawie Marcina Romanowskiego, który uciekł na Węgry. Sędziów boi się też Zbigniew Ziobro, który uciekł nawet razem z żoną.
Krzyki o dyktaturze słychać też było w tym tygodniu w sądzie, gdzie postawiono oskarżenia w sprawie fundacji Profeto. O oszustwa oskarżony został m.in. ksiądz Michał Olszewski oraz dwie urzędniczki Ministerstwa Sprawiedliwości. O ich niewinności mają zapewne przekonywać obrazy Pana Jezusa i Matki Bożej, przyniesione przez zwolenników oskarżonych i skandujących na korytarzu sądu. To przykry widok, że takie obrazy są używane na demonstracji.
Pamiętajmy jednak, że chodzi o walkę z dyktaturą. Tylko dlaczego ta dyktatura uwzięła się na księdza i dwie urzędniczki, a zupełnie odpuściła Kaczyńskiemu? Ba, pomogła mu w przegranej sprawie. Czyżby ksiądz i urzędniczki byli ważniejsi od Kaczyńskiego?