Są tacy ludzie, którzy nie dają o sobie zapomnieć. Wciąż się pojawiają, przyciągają uwagę, nieważne czy w pozytywnym, czy negatywnym sensie. A właściwie ważne, bo zwrócić na siebie uwagę czymś pozytywnym jest niełatwo. Trzeba się wykazać, zaimponować, dać powód do podziwu. O wiele prościej przebiec się na golasa w publicznym miejscu, dać się sfotografować i zostać "bohaterem" internetu.
Politycy nie muszą się rozbierać, a i tak często zostają takimi bohaterami mediów. Przeważnie tylko na chwilę. Ciągłe powroty do mediów mają tylko najlepsi. W tym tygodniu ponownie objawił się nam Zbigniew Ziobro. Wydawało się, że po wyjeździe na Węgry popadł już w niebyt. A tu proszę! Media znów zajmowały się nim cały tydzień. Wywiady dla telewizji, radia, komentarze jego wpisów, zupełnie jakby nagle dostał jakąś nagrodę.
No bo dostał. To azyl u zaprzyjaźnionych Węgrów. Zaprzyjaźnionych, ale bynajmniej nie z Polską. Bo przy okazji udzielenia azylu dzielnemu Zbyszkowi, wytknęli nam brak praworządności. Brak wolnych mediów, brak niezawisłych sądów i autorytarne rządy. Jakże myli się cała Europa, która to te wszystkie problemy dostrzega w Budapeszcie, a nie w Warszawie.
Nie myli się natomiast rycerz Zbyszko. Rycerz, bo ogłosił, że w imię swoich zasad będzie teraz walczył z całym państwem polskim. Z rządem, prokuraturą, sądami, mediami i w ogóle z całą dyktaturą. Do Polski nie wraca, bo walczyć będzie zdalnie. Taka ucieczka to nic haniebnego, bo przecież uciekali żołnierze wyklęci. Uciekali przed wyrokami śmierci władz posłusznych Stalinowi. I on teraz tak samo ucieka przed strasznym losem, który zgotował mu Tusk.
Udało mu się to porównanie siebie do żołnierzy wyklętych. Może razem z nimi trafi teraz do podręczników historii? Ale że to dawne czasy były, to Zbyszko postanowił dokonać jeszcze jednego porównania, do bohaterów z czasów nam bliższych. Dziennikarzom tłumaczy, że wcale z Polski nie uciekł. Po prostu, gdy pojawiła się zapowiedź prokuratury postawienia mu zarzutów, był akurat na Węgrzech. Przypadkiem. Z tragarzami, więc akurat miał jak się tam urządzić. Przeto wcale nie uciekł, tylko nie wrócił. Jak wielu działaczy opozycji wobec władz komunistycznych, po wprowadzeniu stanu wojennego. Znaczy już nie żołnierz wyklęty, ale ciągle bohater.
I trzeba mu oddać, że jego bohaterstwo docenia nawet wróg. Bo polska dyktatura wciąż płaci mu poselską pensję. Co prawda ucina mu jedną trzecią za nieobecności na posiedzeniach Sejmu, ale jednak płaci. Dyktatorzy zwykle nie płacą swoim wrogom, ale przed Zbyszkiem nawet dyktator Tusk się kłania. Takie to Zbyszko ma poważanie!
Ale Tusk nie byłby dyktatorem, gdyby nie nękał bohatera w inny sposób. I jakże wymyślny! Uderzył w niego poprzez najbliższą mu osobę. Nie, nie przez Jarosława Kaczyńskiego, ten już najbliższy od dawna dla niego nie jest. Uderzył w Zbyszkową Patrycję. Niewiasta owa pracowała w prywatnej firmie Link4, gdzie zarobiła miliony. Żona ministra nawet w prywatnej firmie warta jest takich pieniędzy. Ale gdy władza się zmieniła, zdolności pracownicy zbladły. I chociaż należała się odprawa, wredny Tusk ją długo blokował.
Teraz rycerz Zbyszko ogłosił zwycięstwo, Patrycja dukaty dostała. I wyjaśnił, że "nawet ludzie Tuska" to przyznali. Znaczy dyktator znowu płaci ciemiężonym Ziobrom.
Powiecie, że to dziwne, iż Zbyszko się na to skarży. Ale nie, to ma głęboki sens. Bardzo głęboki. Pomyślcie tylko, jak się czuje nasz bohater na uchodźstwie. On na zesłaniu, uwięziony w łagrze nad Balatonem, a żona zarabia miliony. Czy można było go mocniej upokorzyć? I to kogo! Wszak Zbyszko był pierwszym Szeryfem Rzeczypospolitej! Dzielił i rządził! Dzielił państwowe pieniądze na kampanie wyborcze, więc potem też rządził tymi, których dukatami obłaskawił. A teraz Patrysia daje mu kieszonkowe. Tak właśnie perfidnie działa Tusk.
Widząc, że dyktator i niewiasty nie oszczędzi, Zbyszko pospieszył poprosić o azyl także dla żony. Nie ma wprawdzie żadnych zarzutów wobec niej, nie wiadomo nic o żadnym dochodzeniu, które mogłoby ją dotknąć. Ale widocznie Zbyszko z Patrycją lepiej wiedzą, czego można się dokopać. Uradzili więc, że azylować będą razem. Tak więc Patrycja dostała nowy rodzaj azylu - azyl wyprzedzający.
Zbyszkiem media się żywo interesują, bo w innych tematach posucha. Najgorsze, że Nawrocki pogodził się z Tuskiem i gadali razem za zamkniętymi drzwiami przez godzinę. Wieje nudą. Wprawdzie tuż przed rozmową prezydent ogłosił trzy weta, żeby miło przywitać gościa. Ale przynajmniej jedno weto można zrozumieć. Dotyczyło ustawy nazywanej cyfrową, bo zabraniała różnych rzeczy w internecie, takich jak oszczerstw, podżegania do przestępstw, prezentowania pornografii dla dzieci i takich tam drobiazgów. Generalnie takich, których w normalnych mediach nie można robić.
Ale w internecie prezydent uznał: róbta co chceta. Mamy wolność. Tak jak wolnością ciągle się cieszy jego kolega, z którym ściskał się na pielgrzymce kibiców na Jasnej Górze. Tomasz P. był już wiele razy karany jako przywódca gangu kiboli Jagiellonii Białystok, ale teraz pielgrzymuje wolny. Modli się o odwrócenie w drugiej instancji nieprawomocnego wyroku sześciu lat więzienia. Nawrocki na Jasnej Górze go pobłogosławił.
Ale takimi znajomościami prezydent już nas nie zaskakuje, więc news cieszył się powodzeniem krótko. Na szczęście są jeszcze inni ludzie, którzy nie dają o sobie zapomnieć. Jak na przykład Szymon Hołownia Forever. Miał zniknąć w otchłaniach ONZ-u, jako komisarz wędrować po biednych krajach Afryki, pochylając się nad losem uchodźców. ONZ nie docenił jego medialnej siły, albo może w Afryce nie byłaby ona potrzebna.
Ale w Polsce też się wycofał do drugiego szeregu. Gdy oddał marszałkowską buławę sejmową, zniknął, zaszył się w malutkim gabinecie, który do tej pory zajmował Włodzimierz Czarzasty. Ale Włodek urósł i przejął buławę, więc przeprowadził się do wielkiego gabinetu marszałka, a swój pokoik oddał cichemu już Szymkowi.
Szymek nie chciał już nawet być dłużej szefem Hołowni. To znaczy Polski 2050 Szymona Hołowni, bo tak nazywa się partia, której jest przewodniczącym. W partii rozpisano nowe wybory. A jakże, jak na rok 2050 przystało, elektroniczne. I jak na rok 2026 przystało, wybory się nie udały. To znaczy firma zatrudniona do ich przeprowadzenia miała "problemy techniczne". Nie wszyscy mogli zagłosować w drugiej turze, w której zostały już tylko dwie kandydatki - Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska. Stawiam na to, że w drugiej turze miały być tylko dwie osoby, ale nazwiska były cztery i system zwariował.
Zwariował także przewodniczący Polski 2050. Stwierdził, że skoro z drugą turą były "problemy techniczne", to ktoś może zakwestionować także prawidłowość pierwszej tury. Tym ktosiem jest chyba sam Szymek. Bo ogłosił, że w takiej sytuacji to może i on stanie do wyborów. Oczywiście dla dobra partii, którą trzeba ratować. Można by przy okazji zmienić nazwę partii, bo przecież rok 2050 już się zbliża. Zamiast jakiejś tam daty, lepiej wstawić Szymon Hołownia Forever.