Brak decyzji jest często gorszy od nawet złej decyzji. Doświadczamy tego we własnym życiu, gdy na przykład nie możemy się zdecydować na radykalny ruch zakupu mieszkania. Kupić, nie kupić, przecież mieszkanie, które znaleźlilśmy jest strasznie drogie. A tymczasem ceny znowu poszły w górę. To samo dotyczy wielu innych spraw, ważnych i drobniejszych.
W tym tygodniu decyzję w końcu podjęli posłowie Polski 2050. Połowa z nich odeszła z sejmowego klubu i utworzyła własny. Długo to trwało, długo nie mogli się zdecydować. A teraz nie wiem, czy nie jest już za późno. Bo wewnątrzpartyjne przepychanki wręcz ośmieszyły parlamentarnych przedstawicieli tej partii. Czy działacze w terenie to wytrzymają? Bo o wyborcach już się nawet nie mówi, skoro poparcie dla Polski 2050 nie przekraczało nawet 2%. A teraz pewnie się podzieli na dwie części. Albo w ogóle zniknie.
Nowy klub parlamentarny ma nazywać się Centrum. Bo przecież w Polsce mnóstwo ludzi ma centrowe poglądy i czeka na partię, która będzie ich reprezentować. Tak Polacy przekonują we wszystkich sondażach. Oni nie są ani skrajnie prawicowi, ani skrajnie lewicowi. Tak mówią. Oni są w centrum, mają wyważone zdanie, gotowi przyznać rację zarówno jednej, jak i drugiej stronie.
Tyle że to się ma nijak do rzeczywistości. Pytani o konkretne sprawy, zawsze uważają, że rację mają "nasi", a "tamci" opowiadają głupoty. I każda partia, która chce być w centrum, upada. Kłopoty Polski 2050 zaczęły się, gdy jej przewodniczący Szymon Hołownia potajemnie spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim. Na nic się zdało przekonywanie, że rozmawiać trzeba ze wszystkimi. O nie, zdecyduj się chłopie. Albo jesteś z nami, albo chcesz przejść na drugą stronę. Żadnego rozkroku.
Hołownia nie mógł się zdecydować, nie mógł się zdecydować nawet w tej sprawie, czy chce dalej być przewodniczącym Polski 2050. No i teraz jest nikim nawet w resztkach tej partii.
Długo nie mógł się też zdecydować prezydent Karol Nawrocki. Przyznaję, że postawiony został w trudnej sytuacji, ale odwlekanie decyzji nic nie dało. Prezydent Donald Trump zaprosił go do swojej Rady Pokoju, do której żadne poważne państwo się nie garnie. Nawrockiemu głupio było odmówić, bo na poparciu Trumpa buduje całą swoją polityczną siłę. Z pomocą przyszedł mu premier Donald Tusk, który po ogłoszeniu zaproszenia napisał w internecie, że w Polsce potrzebna jest najpierw inicjatywa rządu, potem zgoda Sejmu i dopiero wtedy podpis prezydenta. Nawrocki przekazał to Trumpowi i problem został rozwiązany.
Pojawił się jednak nowy. Bo Trump zaprosił prezydenta na uroczystą inaugurację Rady Pokoju w Waszyngtonie. Tym razem nie było na kogo zwalić. Tusk zresztą powiedział, że Nawrocki może lecieć, jeżeli chce i otrzyma wtedy instrukcje, co ma mówić. Nawrocki się obraził i powiedział, że może lecieć gdzie chce, a Tusk mu nie będzie mówił co może, a co nie. Ale okazało się, że sam dalej nie wie, co ma zrobić.
Jego otoczenie zaczęło się dopominać o "decyzję" rządu, czy przystępujemy do tej rady, czy nie. Chociaż wciąż obowiązywało hasło "Tusk mu nie będzie mówił". Ale panika była tak wielka, że nawet jak Tusk oficjalnie - na posiedzeniu rządu - stwierdził, że Polska nie przystępuje do rady, to nikt w Pałacu Prezydenckim tego nie zauważył. Pisałam o tym już przed tygodniem. Ale potem było jeszcze śmieszniej. Dziennikarze powiedzieli o decyzji rządu Zbigniewowi Boguckiemu, który jest szefem Kancelarii Prezydenta, ale on dalej domagał się... decyzji.
Jak to tłumaczył? Tusk tylko powiedział, a to się nie liczy. No, do tego, że słowa się nie liczą, już się przyzwyczailiśmy. Szczególnie u prezydenta. Powiedział, że ma jedno mieszkanie, a miał dwa. Ale on tylko powiedział. Powiedział, że za oddanie mieszkania zaopiekuje się starszym panem, ale to przecież tylko słowa. No dobra, dokumenty też. Ale w nich były tylko słowa. No to się nie liczą.
Bogucki stwierdził teraz, że chce uchwały rządu. Uchwały, że nie przystąpimy do Rady Pokoju. Czyli uchwały o tym... czego rząd nie zrobi. Pan minister chyba nie wie, że rząd podejmuje uchwały dotyczącego tego, co zrobi, a nie tego czego nie zrobi. Gdyby miał podejmować uchwały o tym, czego nie zrobi, to przez cały rok by je pisał i nie zdołałby wszystkiego wymienić.
Bogucki upierał się jednak, że czeka na uchwałę. Powiedział nawet, żeby Tusk podjął "męską decyzję". Chodzi o tę, którą już podjął. Bo jego szef nie wie, co ma robić. Ale jednocześnie prezydencki minister zapowiedział zdecydowanie Nawrockiego. W sprawie wyjazdu na inaugurację rady powie otwarcie: jedzie albo nie jedzie. No proszę! To jest jasne postawienie sprawy: Polska się dowie, czy prezydent jedzie czy nie jedzie. Nie wiem tylko, czy udałoby się to ukryć. Przecież wszyscy wiedzelibyśmy, czy pojechał, czy nie.
Nie można też było nie podjąć żadnej decyzji. Bo inauguracja się zbliżała i nikt na decyzję prezydenta by nie czekał. Jak zapewne wiecie, do Waszyngtonu pojleciał w końcu prezydencki minister Marcin Przydacz. Jako przedstawiciel Nawrockiego, w roli obserwatora.
Do ludzi mających problem z podjęciem decyzji możemy chyba też zaliczyć sędziego Dariusza Łubowskiego. Pod koniec 2024 roku wydał europejski nakaz aresztowania (ENA) dla Marcina Romanowskiego, który uciekł na Węgry. Ale w grudniu 2025 roku stwierdził nagle, że ENA się mu nie należy i nakaz cofnął. Chociaż w sprawie uciekiniera kompletnie nic się nie zmieniło. Niezdecydowanego sędziego zakwestionowała prokuratura i poprosiła o odsunięcie go od sprawy. Nowy sędzia przydzielony do sprawy przywrócił ENA dla Romanowskiego.
Niezdecydowany jest też sam Romanowski. Gdy ENA zostało mu cofnięte, nie miał z tym problemu. Gdy teraz zostało przywrócone, stwierdził, że "ponowny ENA na podstawie tych samych dowodów i okoliczności (...) to oczywiste bezprawie i przestępstwo". No, zdecyduj się chłopie, czy jak nie ma nowych dowodów, to wyrok można zmieniać, czy nie.
Konsekwentny jest natomiast Jarosław Kaczyński. Jak prezes PiS raz podjął decyzję, że naszym największym wrogiem są Niemcy, to się tego trzyma. Nawet wysłał na granicę Bąkiewicza, żeby powstrzymał hordy migrantów, którymi Niemcy chcą zalać nasz kraj. Jak tych migrantów nie zobaczył, to teraz może już chyba straszyć tylko niemieckimi czołgami, które lada moment wjadą na polską ziemię. Dlatego stwierdził ostatnio, że Niemcy to przecież kraj neonazistowski. W tym samym przemówieniu ani słowa nie powiedział o zagrożeniu ze wschodu. No pewnie, przecież przy Niemcach Rosjanie to przyjazne misie.
Kaczyński straszy Niemcami nawet przy okazji programu SAFE, który pozwoli nam zainwestować 184 miliardy złotych w naszą obronność. Twierdzi, że to Niemcy zarobią na pieniądzach zainwestowanych w polski przemysł zbrojeniowy. Nie wiem jak, ale prezesowi najwyraźniej nie podoba się wydawanie pieniędzy w produkcję w Polsce. Przecież wszystko można kupić gotowe w Ameryce.
Zakupy w Ameryce będą kontynuowane, niezależnie od programu SAFE. Ale blokowanie tej ogromnej pożyczki na super zasadach w ramach programu SAFE Tusk nazwał zdradą interesów Polski. Jako przykład podał, że tylko w jeden polski zakład, Hutę Stalowa Wola, zainwestowane będzie 20 miliardów złotych. Kaczyński mówi, że te miliardy to niewiele i że trzeba bronić niepodległości Polski. Jasne. Inwestycja w Hutę może nam ją zabrać. Niech pojedzie do Stalowej Woli i powie jej mieszkańcom, że nie chce tam uruchomienia tej wielkiej produkcji.
Za decyzję można na pewno pochwalić trenera polskich skoczków narciarskich Macieja Maciusiaka. Na olimpiadę odważnie wysłał młodego chłopaka, który przywiózł trzy medale! 19-letni Kacper Tomasiak zdobył srebro i brąz indywidualnie oraz srebro w konkursie duetów wraz z Pawłem Wąskiem. Wielkie gratulacje dla skoczków, ale i dla trenera Maciusiaka za prawdziwie męską decyzję.