Mieszkając w USA doskonale rozumiemy, jak ważna jest znajomość języka i możliwość komunikowania się z osobami mówiącymi w innym języku. Dlatego zainteresowało nas urządzenie, które ma w tym pomagać. Jego producent sugeruje, że wręcz rozwiązuje problem nieznajomości języka.
Gadżet nazywa się Vasco Translator, a flagowym modelem o największych możliwościach jest Vasco Translator Q1. Urządzenie przypomina wielkością telefon komórkowy i posiada "wbudowaną kartę SIM", jak opisuje to producent. Ma zapewnić możliwość "naturalnej konwersacji" z osobą mówiącą w innym języku niż użytkownik gadżetu.
Działanie Vasco polega na tym, że odbiera głos osoby mówiącej w jednym z 86 języków i za chwilę odzywa się sztucznie generowanym głosem, powtarzając usłyszane słowa w języku rozumianym przez właściciela gadżetu. Deklarowana dokładność tłumaczenia wynosi 96%. Z kolei gdy właściciel zaczyna mówić, Vasco tłumaczy jego słowa na język zrozumiały przez jego rozmówcę. Proces tłumaczenia, według danych producenta, zajmuje zaledwie pół sekundy. Ma to pozwalać na swobodną konwersację dwóch osób mówiących w dwóch różnych językach.
Taka zapowiedź jest bardzo obiecująca. Rzeczywistość jest już mniej różowa, chociaż wcale niekoniecznie wynika z niedoskonałości urządzenia. Po prostu rozmowę trzeba prowadzić według pewnego rygoru, podobnego do rozmowy z prawdziwym tłumaczem. Po wypowiedzeniu jednej frazy wypowiedzi, należy poczekać, aż Vasco wypowie jej tłumaczenie. Wtedy można na nią odpowiedzieć albo dać rozmówcy kontynuować wypowiedź. Najważniejsza funkcja gadżetu, tzn. przetłumaczenie wypowiedzi, jest realizowana. Ale z pewnością w niczym nie przypomina to naturalnej rozmowy.
Zapewne właśnie z tego powodu, producent nie zamieścił na swojej stronie internetowej żadnego filmu pokazującego Vasco Translator w akcji. Zobaczyć można filmik reklamowy gadżetu, ale nie jest pokazane jego rzeczywiste działanie, czyli prowadzenie przy jego pomocy "naturalnej konwersacji". Takie konwersacje można zobaczyć w internecie umieszczane przez użytkowników lub firmy sprzedające Vasco. Ale nie są one aż tak zachęcające jak słowny opis producenta.
Vasco Translator Q1ma zapewniać "naturalną konwersację".
W opisie przeczytamy, że elektroniczny tłumacz pozwala na wykorzystanie go w rozmowie telefonicznej. Liczba obsługiwanych języków wynosi w tym przypadku 53. W dodatku korzystanie z tej funkcji jest prawdopodobnie płatne. Bo chociaż na amerykańskiej stronie producenta nie znaleźliśmy żadnego ostrzeżenia, to na stronie oferującej produkt w języku polskim jest tego zapowiedź: "W ramach tej funkcji dostajesz bezpłatne 10 minut na start. Masz ochotę na więcej? Po wykorzystaniu limitu możesz dokupić pakiet 10 minut tłumaczenia rozmów telefonicznych w cenie 25 zł brutto". Nawet po przeliczeniu tego na dolary, cena wydaje się bardzo wysoka - ponad 6 dolarów za 10 minut.
Vasco Translator potrafi też tłumaczyć tekst, który "przeczyta" za pomocą wbudowanej kamery. Najwyraźniej tłumaczenie oglądanego tekstu jest prostsze niż słuchanej wypowiedzi, bo gadżet obsługuje w ten sposób aż 113 języków. Funkcja jest ponadto darmowa.
Niejasności pojawiają się natomiast w innej zapowiedzi producenta. Obiecuje on dostęp do internetu w prawie 200 krajach - za darmo i na zawsze (free lifetime internet). Trochę trudno w to uwierzyć, choć również na stronie w języku polskim napisano: "Zapomnij o poszukiwaniu internetu w podróży. Wbudowana karta SIM sprawia, że ten problem masz z głowy - na zawsze. Nie musisz szukać hotspotów, negocjować z lokalnymi operatorami ani żonglować kartami prepaid. Wysiadasz z pociągu w Birmie, kampera w Ankarze czy samolotu w Bangkoku i zaczynasz rozmawiać. Prosto i bez zbędnych kosztów".
Mobilnego internetu, czy nawet prostych rozmwów komórkowych nikt jednak nie udostępnia za darmo. Tym bardziej na całe życie. Koszt rozmowy może być po prostu wliczony we wspomnianej opłacie za funkcję tłumaczenia. Zdaje się to potwierdzać informacja w innym miejscu opisu producenta: "Dostaniesz internet do tłumaczeń na zawsze".
Vasco Translator ma jeszcze jedną ciekawą funkcję, którą chwali się producent. Tłumacząc wypowiedź użytkownika na inny język, generuje głos, który do złudzenia przypomina głos użytkownika. Naśladuje nawet jego intonację. Taka funkcja nie jest nowością, bo jest dostępna w różnych programach komputerowych, które potrafią nawet zmienić obraz mówiącej osoby. Nagranie jest tak przerabiane przez taki program, że osoba nagrana w jednym języku, mówi po przeróbce w drugim języku, a ruch jej ust pasuje do słów wypowiadanych w tym drugim języku. Przeróbka głosu przez trzymany w ręku gadżet jest jednak ciekawą funkcją.
Przy wszystkich zaletach, ale i wadach, Vasco Translator Q1 nie jest tani. W USA kosztuje 489 dolarów (w Polsce 1929 zł). Tańsza wersja V4, wciąż mająca jednak kluczowe funkcje, kosztuje 389 dolarów. W Polsce można dostać jeszcze tańszą wersję M3, za 969 zł. W Stanach Zjednoczonych nie jest ona jednak oferowana.
Osobom zainteresowanym kupnem tego elektronicznego tłumacza bardzo mocno sugerujemy dokładne sprawdzenie aktualnej oferty. Oprogramowanie kolejnych modeli może się zmieniać. Warto też sprawdzić jak dokładnie działają funkcje, które nas interesują (jak np. rzekomo darmowy internet). Rozbieżności w informacjach podawanych przez producenta na stronach w języku angielskim i polskim pokazują, że mogą one być nieprecyzyjne. Nawet liczba języków, które gadżet potrafi przetłumaczyć z obrazu w jednym przypadku wynosi 113, a w innym 112. Różnica wydaje się nieistotna, ale podważa wiarygodność przedstawianych danych. No chyba, że zrzucimy winę za te różnice na... niedokładne tłumaczenie. Wszak Vasco przyznaje, że wynosi tylko 96%.
W papierowym wydaniu gazety piszemy także o akumulatorze z owoców morza. Jest bardzo ekologiczny i może być przyszłością samochodów elektrycznych.