Dziennik "The Washington Post" opisał sposób zastraszania krytyków władzy USA. Przedstawił historię mężczyzny, którego zidentyfikowano tylko imieniem Jon. Wiadomo też, że jest 67-letnim emerytem. Władze zainteresowały się nim, gdyż wysłał email do prokuratora w Departamencie Bezpieczeństwa Narodowego (Department of Homeland Security - DHS).
Jon zwrócił się w emailu z prośbą, aby udzielić łaski Afgańczykowi, który został przeznaczony do deportacji. Jon przeczytał jego historię w mediach i uznał, że jako amerykański obywatel wstawi się za człowiekiem, który w USA szukał ucieczki przed talibami i starał się o azyl.
W mailu porównał wysłanie go do Afganistanu z "grą" w rosyjską ruletkę (polega na włożeniu do rewolweru jednej kuli, zakręcenie bębenkiem na kule, przyłożenie broni do skroni i pociągnięcie za spust; jeżeli kula była w określonym miejscu bębenka, uczestnik "gry" ginie). Afgańczyk może bowiem zginąć z rąk talibskich władz. Jon zauważył też, że "jest powód, dla którego amerykański rząd wraz z wieloma innymi rządami nie uznaje rządów talibów".
Emeryt doczekał się szybkiej reakcji na swój mail. Otrzymał maila, ale nie od DHS. Przysłała go firma Google, która poinformowała Jona, że w jego sprawie otrzymała od władz żądanie ujawnienia wszystkich jego danych. Żądanie to nie było poparte żadnym nakazem sądowym. Była to jedynie decyzja administracyjna DHS. W dodatku pojawiła się niemal błyskawicznie. Email od Google przyszedł do Jona zaledwie pięć godzin po wysłaniu przez niego prośby do DHS.
W internecie nikt nie jest anonimowy. Służby każdego mogą odnaleźć.
Google poinformowało, że daje Jonowi siedem dni na ewentualne zakwestionowanie ujawnienia jego danych na drodze sądowej. To niezwykle krótki czas na znalezienie odpowiedniego adwokata, który zechce zająć się sporem z władzą w Waszyngtonie. W dodatku Google nie przesłało kopii żądania władz, co według prawników bardzo utrudnia znalezienie podstaw do sądowego zablokowania tego żądania. Nie wiadomo bowiem w ogóle, o blokowanie czego się występuje.
Jon poszukiwał adwokata, ale od prawnika usłyszał właśnie o tym, jak kłopotliwe jest walczenie z żądaniem federalnego rządu. "Washington Post", który pytał o to przedstawicielkę DHS, usłyszał, że departament ma "szeroką władzę administracyjną" do stawiania takich żądań.
Na szczęście Google na tyle długo przeciągał przekazanie danych Jona, że jego sprawą zainteresowała się organizacja American Civil Liberties Union (ACLU), walcząca o prawa obywatelskie. Zaoferowała mężczyźnie darmową pomoc prawniczą, co zaowocowało zablokowaniem przekazania danych Jona dla władz.
Kłopoty mężczyzny wcale się na tym jednak nie skończyły. Kilka tygodni później, na progu jego domu pojawili się agenci DHS. Jego dane i adres zamieszkania najwyraźniej zdobyli innymi sposobami. Przepytywali 67-latka przez 20 minut, bo jak twierdzili, użycie przez niego określeń "rosyjska ruletka" oraz "talibowie" było podejrzane. Po przesłuchaniu go uznali w końcu, że nie złamał on żadnego prawa.
"The Washington Post" dopytywał o sprawę Jona także Google. Firma odpowiedziała dziennikarzom, że jej sposób procedowania żądań władz jest "skonstruowany tak, aby zabezpieczyć prywatność użytkowników i jednocześnie wypełnić prawne obowiązki". Google przesłało też w końcu Jonowi kopię żądań, które otrzymała od DHS. Zrobiło to 22 dni po obwieszczeniu, że Jon ma 7 dni na reakcję.
Z przekazanej kopii wynika, że władze chciały otrzymać nie tylko imię i nazwisko oraz fizyczny adres zamieszkania Jona. Chciały otrzymać także jego: numer Social Security, prawo jazdy, kartę kredytową, wszystkie adresy IP, z których korzystał (wskazujących, gdzie fizycznie podłączał się do internetu, czyli np. u znajomych, rodziny), a nawet daty i godziny, gdy pojawiał się w internecie. Google tych informacji nie przekazało, ale agenci DHS i tak Jona znaleźli.