Trochę pogadał i się przeleciał - Plotki o artystach

Pisaliśmy o nowym albumie Adele, ale nie wszystkim mediom udało się zapowiedzieć go przed jego wydaniem. Australijska telewizja Channel 7 taką rolę przydzieliła dziennikarzowi prowadzącemu program "The Weekend Sunrise". Matthew Doran miał przeprowadzić wywiad z Adele już na początku listopada. Tylko pozazdrościć. Ale teraz nikt już Doranowi nie zazdrości.

Osobiste spotkanie z gwiazdą takiego formatu to wielka sprawa. Nic więc dziwnego, że dziennikarz fatygował się 10 tysięcy mil, żeby chwilę z nią porozmawiać. Ekipę z Sydney do Londynu wysłała oczywiście telewizja, która nie żałowała pieniędzy na zrobienie takiego wywiadu. Miała być jedyną na kontynencie, która wywiad dostała.

Matthew Doran przyleciał do Londynu, usiadł z Adele i rozpoczął rozmowę. Ale pytanie miała też sama piosenkarka: "Co powiesz o moim albumie «30»?" No i wpadka. "Jaaa? Eeee, nooo, ja jeszcze go nie słuchałem..." Gwiazdę to ponoć mocno obraziło. Ale z wywiadem dojechała do końca. Pełna profeska.

Mniej wyrozumiała była firma Sony, która jest wydawcą muzyki Adele. Japończycy postanowili dać Australijczykom nauczkę i wycofali prawa do wywiadu. Telewizja nie mogła go pokazać. 10 tysięcy mil w jedną stronę, 10 tysięcy w drugą i wszystko na nic?

Matthew Doran przyleciał do Londynu z telewizyjną ekipą przeszczęśliwy. Nawet sam dźwigał trójnóg pod kamerę (na fot. pierwszy z prawej). Ale z podróży została mu tylko ta fotka na tle Tower Bridge, bo zdjęciami z Adele pochwalić się nie może.


To jeszcze nic. Wywiad, wraz z prawem do pokazania nagrania wywiadu z Oprah Winfrey, kosztował Channel 7 okrągły milionik dolarów australijskich (725 tys. naszych).

Doran miał szczęście, że w tej telewizji został. Zdjęli go tylko na chwilę z jego programem. Pewnie jego szef podszedł ze zrozumieniem do tłumaczenia dziennikarza. Otóż pamiętajmy, że album "30" wydany został dopiero 19 listopada. Ekipa Adele wysłała Doranowi utwory do posłuchania e-mailem, gdy miał do niej przylecieć na wywiad. Ten jednak, będąc w trakcie 24-godzinnej podróży samolotem przegapił e-mail i nawet nie wiedział, że dostał płytę do posłuchania przed jej wydaniem.

Wysłane e-maile są dziś często traktowane jako dowód, że ich odbiorca został o czymś poinformowany. Tymczasem różne rzeczy mogą się zdarzyć. E-mail może trafić do skrzynki ze spamem, może być skasowany z wieloma innymi niechcianymi wiadomościami, może nawet w ogóle nie dotrzeć. To się rzadko zdarza, ale jednak - tak jak w przypadku tradycyjnej poczty - jednak się zdarza.

Innymi słowy, czasami ktoś emaila nie odbierze. Tyle, że tym razem ktoś przez to obleciał dookoła kulę ziemską zupełnie niepotrzebnie.

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!