Prezydent Biden protestuje

Nie ustają protesty związane z decyzją Sądu Najwyższego w sprawie aborcji. 24 czerwca SN unieważnił decyzję z 1973 roku, która przez prawie pół wieku uniemożliwiała wprowadzenie władzom stanowym ograniczeń prawnych dokonywania aborcji. Teraz Sąd Najwyższy oddał decyzję w tej sprawie władzom stanowym i w niektórych stanach zaczęto wprowadzać różne ograniczenia.

Wywołało to protesty w całych Stanach Zjednoczonych. W ubiegłą sobotę organizacja Woman's March zorganizowała demonstrację pod Białym Domem, na której pojawiło się ponad tysiąc osób. Co ciekawe, demonstracja najwyraźniej nie przeszkadzała władzom, gdyż wyjątkowo nie zatrzymano ani jednej osoby, która blokowała chodnik przed Białym Domem, na co ochrona siedziby prezydenta zawsze reaguje bardzo zdecydowanie.

Jeszcze bardziej niezwykła jest reakcja na protesty samego prezydenta. Władze zawsze starają się wyciszyć wszelkie protesty, ale tym razem jest inaczej. Joe Biden sam... zachęca do protestów. "Protestujcie dalej" - powiedział prezydent następnego dnia po demonstracji. Nie była to ironia, ani sarkazm. Joe Biden namawiał przeciwników aborcji do demonstracji, mówiąc, że jest to niezwykle ważne, aby protestowali.

Prezydent Biden zachował się nietypowo już kilka tygodni temu. Po ogłoszeniu przez Sąd Najwyższy swojej decyzji, bardzo mocno ją skrytykował. Oczywiście decyzje Sądu Najwyższego USA są wiążące, nawet jeżeli władzom wykonawczym czy ustawodawczym się nie podobają. Są też zawsze respektowane z największym szacunkiem. Po wyborach w 2000 roku, gdy powstały wątpliwości przy kolejnym przeliczaniu głosów na Florydzie, to właśnie Sąd Najwyższy zdecydował o ostatecznym ich wyniku. I demokratyczny kandydat na prezydenta Al Gore, który został uznany za przegranego, bez dyskusji podporząkował się decyzji SN. Wynik uznała też Partia Demokratyczna.

Protestujący przed Białym Domem domagali się aborcji na żądanie.


Sprzeciw prezydenta wobec decyzji SN w sprawie aborcji jest znamienny tym bardziej, że decyzja ta nie rozstrzyga o prawie do aborcji. Przywraca jedynie głos w tej sprawie poszczególnym stanom. Przepisy federalne, które nie podobają się mieszkańcom danego stanu, są czasem zaskarżane do sądu. Każdy stan ma bowiem własną konstytucję i w wielu sprawach samodzielnie decyduje o kształcie obowiązującego prawa. Teraz prezydent chce odmówić stanom do suwerennego stanowienia prawa w sprawie aborcji.

Sąd Najwyższy ma w USA tradycyjnie bardzo wysoki autorytet. Sędziowie wskazywani są co prawda przez prezydentów (i zatwierdzani przez Kongres), ale wybierani są dożywotnio, co daje im pełną niezawisłość. Postawa prezydenta Bidena nie daje jednak dobrego przykładu. Tym bardziej, że dochodzi już do bezprecedensowego nachodzenia sędziów. Protesty odbywały się pod ich prywatnymi domami, a jeden z nich został też zmuszony do opuszczenia restauracji w wyniku otoczenia jej przez protestujących.

W oczach wielu demokratów i grup organizujących protesty, Joe Biden jest jednak wciąż zbyt mało zdecydowany. Krytykują oni prezydenta, że zrobił zbyt mało po decyzji SN z 24 czerwca. Prezydent zaznaczał od samego początku, że nie ma władzy, aby wprowadzić prawo do aborcji na życzenie. Zauważył też, że w Konstytucji USA nie ma czegoś takiego, jak prawo do aborcji, choć wielu jej zwolenników takie hasła głosi.

Prezydent Biden wydał zarządzenie, aby Departament Sprawiedliwości zapewnił możliwość podróżowania kobietom do innych stanów w celu dokonania aborcji. Zapewnił też, że wprowadzi "dni chorobowe" w tym celu dla kobiet pracujących w administracji federalnej. Przy granicach stanów, gdzie ograniczono możliwość aborcji, utworzone zostały już mobilne gabinety do przeprowadzania aborcji.

Dyskusje o aborcji docierają do amerykańskich nastolatków i wpływają na nich w dość zaskakujący sposób. Agencja Reuters przeprowadziła 20 wywiadów z nimi, a także z osobami pracującymi przy rekrutacji absolwentów high school na wyższe uczelnie. Z niektórych uczelni dochodzą bowiem głosy, że kandydaci na studentów wypytują o... prawo do aborcji. Niektórzy ponoć twierdzą, że nie wybiorą uczelni w stanie, gdzie aborcja na życzenie nie będzie możliwa.

Reuters przytacza słowa 17-latki uczącej się w szkole Stuyvesant High School w Nowym Jorku. - Jestem dopiero w high school i wciąż szukam kim jestem - mówi dziewczyna. - Nie chcę jechać gdzieś, gdzie nie mogę być sobą ze względu na prawo - tłumaczy w kontekście praw aborcyjnych, czym będzie kierować się przy wyborze wyższej uczelni.

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!