Partyjne zwycięstwo w Senacie

W Senacie USA przegłosowany został kolejny pakiet stymulacyjny, na sumę 1,9 biliona dolarów. Dokonano w nim pewnych zmian w stosunku do projektu przyjętego w Izbie Reprezentanów, dlatego Izba ta musi ponownie przegłosować ustawę po zmianach. Powszechnie oczekuje się jednak, że jeszcze w tym tygodniu ostateczna wersja trafi do podpisu prezydenta.

Jedna ze zmian dotyczy kwoty dołożonej do zasiłku dla bezrobotnych. Zamiast 400 dolarów tygodniowo, Senat ustalił ją na 300 dolarów. Ma ona być jednak wypłacana nieco dłużej, do 6 września. Jest to kwota, którą bezrobotni będą otrzymywać dodatkowo do zwykłego zasiłku, podobnie jak otrzymywali 600 dolarów przez pierwsze cztery miesiące pandemii.

Minimalna zmiana dotyczy też jednorazowej wypłaty 1400 dolarów. W dalszym ciągu otrzymają ją wszyscy zarabiający do 75 tysięcy dolarów rocznie (150 tysięcy w przypadku małżeństwa rozliczającego się razem). Zredukowaną kwotę otrzymają osoby zarabiające od 75 do 80 tysięcy (150 do 160 tysięcy w przypadku małżeństwa). 1400 dolarów ma być wypłacone również na każdą osobę na utrzymaniu, również dorosłą (np. dzieci na studiach).

Czytaj także: Kto zyska na wyższej płacy minimalnej?

Przegłosowanie pakietu stymulacyjnego w Senacie jest określane jako zwycięstwo demokratów. Ale jak sam prezydent Joe Biden stwierdził, "nie było łatwe, nie było ładne". Bo osiągnięte zostało tylko przez partyjną solidarność. W głosowaniu zakończonym wynikiem 50-49, poparcia nie udzielił żaden republikanin (senator Dan Sullivan z Alaski nie był obecny ze względu na pogrzeb w rodzinie).

Przewodniczący demokratów w Senacie Chuck Schumer cieszy się z przyjęcia pakietu stymulacyjnego.


Nawet niektórzy demokraci mieli poważne zastrzeżenia do ustawy. I z tego powodu debata nad nią trwała ponad dobę. A demokratyczny senator Joe Manchin z Wirginii Zachodniej wymusił zmianę dopłaty do zasiłku dla bezrobotnych z 400 na 300 dolarów.

Czytaj także: Szczepionek coraz więcej, ale niechętnych szczepieniom wciąż jest dużo

Republikanie krytykują nie tylko samą ustawę, ale też sposób jej przyjęcia. Przypominają, że w poprzedniej kadencji, mając przewagę w Senacie i republikańskiego prezydenta, uwzględniali głosy demokratów. Pierwszy pakiet stymulacyjny wypracowany został wtedy przez obydwie partie.

Nieoczekiwanie, podobną opinię wyraził dziennik "The New York Times". Gazeta regularnie krytykowała prezydenta Trumpa i popierała demokratów. Teraz jednak opublikowała opinię, że "dwupartyjność umarła". Chodzi o zwyczaj szukania poparcia dla nowych ustaw wśród legislatorów z obydwu partii. Bardzo często są one zgłaszane jako inicjatywa kilku kongresmanów lub senatorów z dwóch różnych partii. To daje szansę na merytoryczną dyskusję i wypracowanie wersji, która ma szersze niż tylko partyjne poparcie.

Czytaj także: Jak Amerykanie chcieli szpiegować Rosjan

Tymczasem demokraci podążają obecnie w przeciwnym kierunku. Mówi się nawet o pomyśle ograniczenia lub zlikwidowania tzw. filibuster. Chodzi o przeciąganie dyskusji w Senacie nad ustawą w celu zablokowania jej głosowania. Do przerwania dyskusji potrzeba zgody 60 senatorów, co w praktyce zmusza do szukania kompromisu. Pakiet stymulacyjny nie mógł być zablokowany, gdyż dotyczył poprawki budżetowej. Głosowanie nad nim pokazało jednak brak jedności wśród demokratów, więc do likwidacji filibustera głosów na razie brakuje.

"The New York Times" pisze jednak, że demokraci przygotowują grunt pod taką likwidację. Zamierzają wprowadzić kilka ustaw, które z pewnością spotkają się z ostrym sprzeciwem republikanów. Będą one dotyczyć np. zaostrzenia prawa do posiadania broni i wsparcia związków zawodowych. To tematy mające poparcie społeczne. W razie zastosowania przez republikanów filibustera, demokraci będą przekonywać, że procedura jest szkodliwa, bo blokuje potrzebne zmiany.

Ewentualna likwidacja filibustera będzie oznaczać koniec konieczności kompromisu międzypartyjnego. Dziennik "The New York Times" przypomina, że "Joe Biden startował do Białego Domu jako apostoł dwupartyjności". Jako weteran Senatu, zasiadając w nim przez sześć kolejnych kadencji, 36 lat, "mówił wyborcom, że jest jedynym człowiekiem potrafiącym zjednoczyć podzielony Kongres" - pisze dziennik. Ale nawet w okresie tzw. miesiąca miodowego prezydenta - czyli zaraz po jego zaprzysiężeniu - gdy politycy są zwykle bardziej przyjaźni wobec siebie, jednoczenie jak na razie nie wychodzi.

Czytaj także: Kłopoty z polityką imigracyjną Joe Bidena

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!