Nowy Jork wraca do życia, ale w połowie kraju jest gorzej

Nowy Jork otwiera restauracje i szkoły, ale w innych rejonach Stanów Zjednoczonych sytuacja wygląda bardzo różnie. Zresztą działania w Nowym Jorku obłożone są wieloma warunkami i niezwykle ostrożne. Władze zastrzegają, że w każdej chwili mogą wydać ponowny zakaz otwierania restauracji, a szkoły powrócić do nauczania zdalnego.

Nowojorskie restauracje wpuściły klientów do swoich wnętrz po raz pierwszy od ponad pół roku w środę, 29 września. Ale zajętych może być tylko jedna czwarta stolików. To ogranicza potencjalny zarobek, ale restauratorzy i tak są szczęśliwi, że mogli uruchomić swoje biznesy.

Muszą jednak bardzo rygorystycznie podchodzić do sprawy higieny. Zapewniają, że każdy z pracowników myje ręce co 15-20 minut. Również maseczki są zmieniane z podobną częstotliwością. Zainstalowano nawet specjalne filtry do klimatyzacji, które też muszą być systematycznie wymieniane.

Czytaj także: Bezrobocie szczególnie dotyka ludzi przed emeryturą

W nowojorskich szkołach też obowiązują specjalne zasady: maseczki, ławki oddalone od siebie o co najmniej 6 stóp i jedzenie lunchu w klasie. Systemy wentylacji także uległy pewnym zmianom. Otwarcie szkół było przesuwane już dwa razy, głównie ze względu na brak personelu.

Przy wszystkich środkach ostrożności, władze i tak będą monitorować sytuację pod względem liczby zachorowań. Szkoły mają być ponownie zamknięte, jeżeli liczba pozytywnych wyników testu na koronawirusa będzie w okresie 7 dni wyższa niż 3%. Ostatnio wzrosły liczby nowych zakażeń na Quensie i Brooklynie, ale średnia 7-dniowa dla całego miasta wynosi tylko 1,38%.

Czytaj także: Kto chce chodzić do szkoły?

W skali całego kraju, dane dotyczące epidemii wydają się być pozytywne. We wrześniu liczba nowych zakażeń wyniosła 1,18 mln i osiągnęła na koniec miesiąca 7,26 mln. Ale w sierpniu przybyło 1,41 mln nowych przypadków, a więc niemal o 20% więcej. Obecnie mniej jest też hospitalizowanych pacjentów na COVID-19. Na koniec września było ich około 30 tysięcy, a więc o 15% mniej niż w sierpniu.

Sytuacja jest jednak bardzo zróżnicowana, w zależności od regionu kraju. Na początku epidemii, najbardziej dotknięte były stany Nowy Jork i New Jersey. Latem kryzys przeżywały stany w ciepłych rejonach kraju - Floryda, Teksas i Kalifornia. Teraz przyszła pora na region tzw. Środkowego Zachodu (Midwest).

Czytaj także: Zima bez szczepionki na koronawirusa. 90% Amerykanów zagrożonych.

Liczba zakażeń we wrześniu wzrosła najbardziej w Wisconsin. W stosunku do sierpnia aż o 111%. O ponad 50% wzrost zanotowano w stanach: Montana, Północna Dakota, Południowa Dakota, Utah, Wyoming, a także bliżej wschodniego wybrzeża, w Wirginii Zachodniej. Łącznie aż w 27 stanach liczba nowych zakażeń była wyższa we wrześniu niż w sierpniu.

Wzrost nastąpił więc w ponad połowie stanów, ale ogólnokrajowy wynik poprawił najludniejszy stan, jakim jest Kalifornia. Tam nastąpił spadek zakażeń aż o 50%. Bardzo poprawiła się też sytuacja w innych stanach, które latem miały bardzo duży problem. W Newadzie liczba przypadków we wrześniu zmniejszyła się o 49%, a na Florydzie o 47%.

Statystyki poprawiły się też w przypadku zgonów, wywołanych w następstwie COVID-19. W sierpniu zmarło z tego powodu 28.700 osób, a we wrześniu zgonów było 22.300. Liczba ta zmniejszyła się więc o ponad 22%. Pogorszenie się statystyk nastąpiło w 21 stanach. To mniej niż w przypadku samych zakażeń, ale łączna liczba ofiar koronawirusa w USA przekroczyła już 207 tysięcy. Stanowi to 2,85% wszystkich zakażonych.

Czytaj także: Ucieczka z Nowego Jorku

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!