Minimalna płaca 15 dolarów na godzinę tylko dla wybranych

Prezydent Joe Biden podpisał rozporządzenie wykonawcze, nakazujące firmom pracującym dla rządu federalnego płacić swoim pracownikom co najmniej 15 dolarów na godzinę. To jednak tylko namiastka tego co obiecywał, bo podwyżka obejmie jedynie 390 tysięcy pracowników. Biden obiecywał natomiast wprowadzenie minimalnej płacy federalnej na tym poziomie dla wszystkich Amerykanów.

Jak na razie nie widać szansy na spełnienie tej obietnicy, bo podwyżce sprzeciwiają się w Kongresie nawet niektórzy demokraci. Mówi się, że jeżeli stawka będzie podwyższona, to najwyżej do poziomu 11-12 dolarów na godzinę.

Na poprawę zarobków Amerykanie mogą więc liczyć tylko ze strony władz stanowych. W tym roku, od 1 stycznia, w 20 stanach zaczęły obowiązywać nowe stawki minimalne. W 4 kolejnych stanach podwyżki zaplanowano w ciągu roku. Do zmian dojdzie więc łącznie w niemal połowie stanów, w tym tych najludniejszych, jak Kalifornia, Nowy Jork czy Floryda.

Na Florydzie podwyżki należą przy tym do największych. Od 1 stycznia stawka minimalna w tym stanie wzrosła wprawdzie tylko o 9 centów - z 8,56 do 8,65 dolara na godzinę. Ale od 30 września wynosić już będzie pełne 10 dolarów na godzinę. Łącznie oznaczać to będzie wzrost minimalnego wynagrodzenia o prawie 17% - prawie dokładnie o jedną szóstą.

Czytaj także: Kolejki statków na redzie i podwyżki cen produktów w USA

Na dłuższą metę zyskają także osoby zarabiające nieco więcej. Pracodawcy będą bowiem odczuwać presję wyższej stawki minimalnej. Chcąc utrzymać pracowników, będą częściej oferować stawki nieco wyższe od tych, które pracownik otrzyma w każdej pracy.

Domagający się stawki 15 dolarów na godzinę nie doczekali się spełnienia obietnicy Joe Bidena.


Mieszkańcy Florydy przyjęli w referendum - zorganizowanym przy okazji wyborów prezydenckich - plan dojścia do stawki 15 dolarów na godzinę w 2026 roku. Podobny plan mają już New Jersey i Nowy Jork, a także Connecticut, Massachusetts, Maryland, Illinois i Kalifornia. W Kalifornii już w tym roku obowiązywać będzie stawka 14 dolarów na godzinę, a w przyszłym roku 15 dolarów. W mieście Nowy Jork stawka minimalna 15 dolarów obowiązuje już obecnie.

Czytaj także: Podróże latem będą droższe

Z drugiej strony, jest wiele miejsc w USA, gdzie zarobki znacznie niższe są zgodne z prawem. W całym kraju obowiązuje stawka minimalna określona w prawie federalnym. Wynosi ona zaledwie 7,25 dolara na godzinę. Stany mogą wprowadzać wyższe stawki, ale nie muszą. I aż 21 stanów tego zrobiło. I w tych 21 stanach minimalna pensja za 40-godzinny tydzień pracy wynosi 290 dolarów.

Stawka 7,25 została wprowadzona w 2009 roku i pomimo wielu obietnic, nie została zmieniona. W 2019 roku Izba Reprezentantów przyjęła wprawdzie ustawę o stopniowym dochodzeniu do 15 dolarów na godzinę. Ale Senat nigdy tej ustawy nie przegłosował. W nowo wybranym kongresie również nie widać poparcia dla podwyżki. Nie udzielają go głównie republikanie, ale także część demokratów.

Czytaj także: Arizona wciąż bada wybory prezydenckie

Podwyżki stawki minimalnej powinna wymuszać już sama inflacja. Jednak w ostatniej dekadzie inflacja była bardzo niska, a chwilami nawet ujemna. Kwota 7,25 dolara w styczniu 2009 roku odpowiada dziś sumie zaledwie 8,94 dolara. Wydaje się jednak oczywiste, że stawka powinna w takiej sytuacji urosnąć do przynajmniej około 9 dolarów.

Tylko pracujący dla władz federalnych otrzymali wyższą stawkę minimalną.


Tym bardziej, że w tym roku inflacja może być wyższa. Powodem jest wprowadzenie do obiegu bilionów dolarów przeznaczonych na pakiety stymulacyjne. Wysokiej inflacji nie było w Stanach Zjednoczonych od prawie czterech dekad i poważnego zagrożenia nie ma także teraz. Nieporozumieniem jest mówienie o możliwości hiperinflacji, którą zwykle określa się jako inflację większą niż 50% rocznie. Taki poziom jest szkodliwy dla gospodarki, ale dotyczy zupełnie innych krajów. Na przykład dla Wenezueli przewidywana jest w 2021 roku inflacja w wysokości 438%.

Czytaj także: Toys "R" Us znów otworzy sklepy

W USA ekonomiści spierają się, czy w ogóle dojdzie do wzrostu inflacji, która na poziomie 2% jest jak najbardziej naturalna dla zdrowej gospodarki. Argumentem za scenariuszem wzrostu jest spodziewane wydawanie pieniędzy przez Amerykanów po zakończeniu epidemii. Większość z nich powiększyła swoje oszczędności w 2020 roku, przez ograniczenia w podróżowaniu, zamknięte restauracje i miejsca rozrywki. Wprowadzając swoje pieniądze na rynek wywołają wzrost cen. W marcu inflacja podskoczyła do 2,6% z poziomu 1,7% w lutym i 1,4% w styczniu.

Inni eksperci przypominają jednak, że w okresie Wielkiego Kryzysu, który zaczął się w 2008 roku, również dodrukowano wielkie ilości dolara. Inflacja utrzymała się jednak na bardzo niskim poziomie. Obecnie nie ma też jednego z czynników, który teoria wymienia jako konieczny dla wysokiej inflacji. To niskie bezrobocie, które powoduje wzrost zarobków. A w 2021 roku nikt nie spodziewa się rosnących pensji.

Większość ekonomistów przewiduje, że inflacja w USA znajdzie się w zakresie 2-4%. Im będzie wyższa, tym bardziej zyskiwać będą ci, którzy spłacają kredyty. Płacąc stałą ratę miesięczną, ich obciążenie staje się relatywnie coraz mniejsze, z każdym rokiem, w którym dolar traci na wartości. Dzięki rekordowo niskiemu oprocentowaniu w ostatnich miesiącach, może nawet dojść do sytuacji, gdy oprocentowanie wielu pożyczek będzie niższe od inflacji.

Czytaj także: 100 dni Joe Bidena Amerykanów nie zachwyca

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!