Kto policzy głosy na prezydenta?

Wybory prezydenckie już za kilka tygodni, ale lokalne władze nie są na nie jeszcze przygotowane. Poważnym problemem jest znalezienie chętnych do pracy w lokalach wyborczych. Zwykle rekrutują się one w dużym stopniu z osób na emeryturze albo w wieku przedemerytalnym. W tym roku, wiele takich osób unika kontaktów z przypadkowymi osobami, bo są szczególnie zagrożone koronawirusem.

Czytaj także: Forteca Biały Dom

Jak podaje Election Assistance Commission, w 2016 roku, w lokalach wyborczych pracowało około miliona ludzi. I ponad połowa z nich miała ponad 60 lat. I choć nie było takich zagrożeń jak obecnie, już wtedy lokalne władze miały problem ze znalezieniem chętnych do pracy. Aż dwie trzecie lokali zgłaszało, że ma kłopot ze znalezieniem odpowiedniej liczby ludzi.

Dodatkowym problemem jest to, że w tym roku nawet milion osób może nie wystarczyć do sprawnego obsłużenia wyborów. Spodziewana jest bowiem wyjątkowo duża liczba głosów oddanych drogą pocztową. Spora część wyborców to przecież osoby w podeszłym wieku, które wybiorą tę drogę głosowania jako bezpieczniejszą.

Liczenie głosów oddanych korespondencyjnie to oddzielna praca. W dodatku w wielu stanach nie można jej zacząć przed wyborami, choć głosy już napłynęły. Tak jest na przykład w stanie Nowy Jork, ale co ważniejsze - również w Wisconsin i Michigan. To tzw. swing states (stany wahające się), w których ani demokraci, ani republikanie nie mają wyraźnej przewagi i wynik wyborów jest trudny do przeliczenia.

Czytaj także: Urzędowa niespodzianka

Przedłużające się liczenie głosów korespondencyjnych może opóźnić uzyskanie ostatecznego rezultatu wyborów prezydenta USA. Zwykle, ze względu na ich niewielką ilość i sprawny proces liczenia, nie wpływają na całkowity wynik. Tym razem, duża ich ilość w wahających się stanach może zdecydować, który kandydat otrzyma poparcie całego stanu.

Wciąż zostało sporo czasu, aby w lokalach wyborczych zatrudnić odpowiednią liczbę osób. Celem jest też znalezienie ich potencjalnych zastępców, na wypadek nieoczekiwanego nie zgłoszenia się niektórych pracowników.

Prowadzone są też akcje, których nigdy wcześniej nie było. Władze stanu Kentucky namówiły na przykład producentów piwa, aby zareklamowali ofertę pracy przy wyborach na puszkach z tym napojem. Kentucky szuka 15 tysięcy osób na dzień wyborów, które przypadają 3 listopada.

Do akcji włączył się także gwiazdor koszykówki, LeBron James. Korzystając ze swojej popularności, wspomaga działania poszukiwania chętnych do pracy w lokalach wyborczych w rejonach zamieszkiwanych przez osoby czarnoskóre. Na Twitterze umieścił wpis z linkiem do organizacji "Power the Polls" i zachęca młodych ludzi, aby się tam zgłaszali. LeBron James ma na Twitterze aż 47 milionów osób obserwujących.

Czytaj także: Kto popiera Bidena, kto Trumpa

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!