Kłopoty z polityką imigracyjną Joe Bidena

Dziennik "The Washington Post" ujawnił szokującą informację na temat sposobów zbierania danych przez agencję Immigration and Customs Enforcement (ICE). W poszukiwaniu nielegalnych imigrantów wykupiła ona dostęp do potężnej bazy danych o mieszkańcach Stanów Zjednoczonych. To ewidentna ingerencja w prywatność amerykańskich obywateli.

Rząd ma ogromne możliwości inwigilacji obywateli. Aby urzędnicy i agenci służb tego nie nadużywali, wprowadzono ścisłe przepisy, jak mogą zbierać informacje. I w jakich okolicznościach mogą naruszyć prywatność obywatela grzebiąc w jego danych. Jak podaje "The Washington Post", większość tych przepisów zawartych jest w ustawie o nazwie "Privacy Act of 1974".

Tymczasem ICE zapłacił za dostęp do bazy danych międzynarodowego konglomeratu Thomson Reuters. O tym, że nie jest to zwykła, jakaś internetowa baza danych, świadczy cena - 21 milionów dolarów. Są w niej bowiem obszerne informacje o mieszkańcach Ameryki - wszystkich 50 stanów, Dystryktu Kolumbii, Portoryko, Guam i Wysp Dziewiczych.

Baza danych zawiera niemal wszystkie oficjalne informacje o danej osobie. Jest tam: historia zatrudnienia, sytuacja mieszkaniowa, raporty kredytowe, kartoteka policyjna - zarówno kryminalna jak i drogowa, dane dotyczące posiadanych samochodów, ubezpieczenia oraz informacje z firm dostarczających energię elektryczną, gaz, wodę, telewizję, internet, usługi telefoniczne i wiele innych. Dane są uaktualniane codziennie.

Czytaj także: Sprawy imigracyjne dominują wśród pierwszych zarządzeń prezydenta Bidena

ICE podpisało umowę w 2017 roku, a więc pod rządami prezydenta Donalda Trumpa. Ale umowa właśnie się skończyła - 28 lutego 2021 roku. I na razie nie słychać zapewnień, że nie została przedłużona, choć niewątpliwie prezydent Joe Biden wprowadza wiele zmian do polityki imigracyjnej. Zmiany te wygenerowały jednak na razie cały szereg kłopotów, a niektórzy twierdzą, że nawet kryzys na granicy z Meksykiem.

Połowa pasażerów przeładowanego Forda Expedition - imigrantów, którzy właśnie nielegalnie przekroczyli granicę - nie przeżyła zderzenia z ciężarówką.


Biden już w czasie kampanii wyborczej zapowiadał radykalny zwrot - ze skrajnie nieprzyjaznego podejścia Trumpa do imigrantów na wręcz zachęcanie do przyjazdu do USA, choćby nielegalnego. Przykładem realizacji tych zapowiedzi jest ogłoszenie 100-dniowego moratorium na deportacje, a także zakończenie Migrant Protection Protocols. W ramach MPP, osoby starające się o azyl, składały wniosek na granicy, ale nie były wpuszczane do USA. Musiały czekać na jego rozpatrzenie w Meksyku.

Czytaj także: Marihuana w New Jersey legalna. Nowy Jork też przyjedzie zażywać.

Z nową polityką są jednak kłopoty. Moratorium na deportacje zablokował sąd. A zakończenie MPP oznacza, że 70 tysięcy osób zarejestrowanych w programie jest teraz stopniowo wpuszczanych do USA. To zachęca następnych imigrantów do prób przekraczania granicy.

Największy problem stanowią teraz nieletni. Podjęta przez prezydenta Trumpa decyzja o zawracaniu na granicy imigrantów ze względu na epidemię, została skorygowana przez prezydenta Joe Bidena. Wyłączył on z niej osoby do 18 roku życia. To spowodowało zwiększenie się liczby nieletnich szturmujących południową granicę USA. Liczby rosną już od momentu wygrania przez Bidena wyborów. W grudniu, na granicy zatrzymano 4995 dzieci i młodzieży przekraczających granicę bez opieki dorosłych, a w styczniu było to już 5871 - cztery razy więcej niż w październiku 2020 roku. Według wstępnych danych za luty, zatrzymano około 6 tysięcy samych 16- i 17-latków.

Czytaj także: Coraz więcej imigrantów przedziera się przez granicę USA z Meksykiem

Służby graniczne alarmują, że nie mają możliwości przetrzymywania tak dużej liczby dzieci. Prezydentowi przekazano, że potrzeba aż 20 tysięcy dodatkowych łóżek. Dzieci są przekazywane do urzędu Health and Human Services, który odsyła je do krewnych i znajomych w USA, którzy zadeklarują opiekę nad nimi. Proces trwa jednak wiele tygodni i jest krytykowany nawet przez samych demokratów.

Skrzyżowanie, gdzie doszło do tragedii, ma doskonałą widoczność. Przeładowany SUV mógł mieć problem z wyhamowaniem przed znakiem "Stop" (Fot. Google Maps).


Rosnąca liczba nielegalnych imigrantów na granicy zmusiła też administrację Bidena do otwierania ośrodków przetrzymywania, które wcześniej zostały już zamknięte. W czasie prezydentury Trumpa, ośrodki te były pokazywane jako przykład nieludzkiego podejścia do imigrantów. Zdjęcia ludzi w klatkach, śpiących na podłodze pod płachtami folii termicznej budziły powszechne oburzenie.

Czytaj także: Domy jeszcze droższe, a lokatorzy nie chcą płacić czynszu

Rzesze ludzi przekraczających granicę nielegalnie oznacza też ofiary. W minionym tygodniu doszło do wyjątkowo tragicznego wypadku, szeroko opisywanego w amerykańskich mediach. Imigranci, którzy przekroczyli granicę nielegalnie, przewożeni byli dużym samochodem SUV. Był to 9-miejscowy Ford Expedition z 1997 roku. Aby zrobić dla nich miejsce, usunięto dwa rzędy tylnych foteli i łącznie w aucie zmieściło się aż 25 osób. Przy maksymalnej ładowności 2000 funtów, samochód był poważnie przeciążony, co utrudnia kierowanie i hamowanie.

Być może to przyczyniło się do wypadku, do którego doszło na skrzyżowaniu dróg na kompletnym pustkowiu. Widoczność na nim jest doskonała. Samochód z imigrantami miał znak "Stop", ale mimo to wyjechał wprost pod ciężarówkę. W wyniku wypadku zginęło 13 osób z Forda, w tym także jego kierowca.

Wraz z imigrantami jadącymi Fordem, na teren USA weszło więcej osób. Zabrał je inny SUV, również duży, 9-osobowy Chevrolet Suburban. Ale także był przeładowany, gdyż jechało nim 19 osób. Po przebyciu 30 mil samochód zapalił się, być może od przeciążenia silnika. Na szczęście wszystkim udało się bezpiecznie opuścić auto. Zostali zatrzymani przez Straż Graniczną.

Czytaj także: Rekrutacja młodych Latynosów do pilnowania granicy

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!