Czy wirus wpłynie na wyborcze sondaże? - cz. 1/2

Po debacie kandydatów na prezydenta prowadzone są zawsze badania opinii publicznej, aby stwierdzić, kto tę debatę wygrał. Nikt się nie spodziewał, że tym razem na poglądy może mieć wpływ zupełnie inne wydarzenie, niż samo spotkanie Donalda Trumpa z Joe Bidenem.

Chodzi oczywiście o fakt zakażenia koronawirusem, które stwierdzono u prezydenta, Pierwszej Damy i kilkunastu pracowników Białego Domu.

Czytaj także: Prezydent USA zakażony koronawirusem

Agencja prasowa Reuters, wraz z firmą Ipsos przeprowadziła badania w ciągu ostatniego weekendu, pytając o poparcie dla kandydatów na prezydenta. Media podkreślają, że Joe Biden uzyskał największą jak do tej pory przewagę nad przeciwnikiem, wyrażającą się już dwucyfrowym odsetkiem.

Wśród osób, które mają brać udział w wyborach, głos na Bidena zadeklarowało 51%. Natomiast poparcie dla Trumpa wyraziło 41%. Grupka 4% wyborców stwierdziła, że zagłosuje na jeszcze innego kandydata. Niezdecydowanych pozostało więc niewielu.

Reuters przypomina jednak, że badanie ma 5-procentowy margines błędu. Biden miał w ciągu ostatnich tygodni przewagę rzędu 8-9%, więc zmiana wydaje się być minimalna. I nie wiadomo, w jakim stopniu na poglądy wpłynęła sama debata wyborcza, a na ile wpływ miała informacja o zakażeniu prezydenta i jego widok udającego się do szpitala.

Czytaj także: Zima bez szczepionki na koronawirusa. 90% Amerykanów zagrożonych.

Warto też przypomnieć, że w wyborach cztery lata temu, Donald Trump też nie miał dobrych notowań sondażowych. Hillary Clinton dostawała w badaniach po kilka punktów procentowych więcej. Ona też faktycznie dostała łącznie więcej głosów w skali całego kraju - 65.853.514, podczas gdy Trum - 62.984.828.

System wybierania prezydenta w USA jest jednak dość specyficzny. Nie wygrywa wcale ten kandydat, który otrzyma poparcie większej liczby Amerykanów. Zwycięzcę wskazują tzw. elektorzy, którzy są przedstawicielami poszczególnych stanów. Łącznie jest ich 538, a każdy stan wysyła na głosowanie w Waszyngtonie liczbę elektorów proporcjonalną do liczby ludności tego stanu. I przeważnie wszyscy elektorzy z jednego stanu głosują na tego samego kandydata (w niektórych stanach są do tego zobowiązani prawem).

W takim systemie, ludniejsze stany liczą się bardziej niż inne. Na przykład Kalifornia wysyła aż 55 elektorów, a niemal równie duża powierzchniowo Montana tylko 3. Zaledwie 11 najludniejszych stanów ma łącznie 270 elektorów. A taka liczba wystarcza do wskazania prezydenta. Wszystkie pozostałe stany mogą głosować nawet w 100 procentach na przeciwnika, a i tak nie zmienią wyniku.

W ocenie szans kandydata na zwycięstwo w wyborach, bardzo istotne są stany określane jako swing states. Popularność demokratów i republikanów jest w nich zbliżona, więc na zdobycie elektorów z tych stanów mają szanse obydwie strony.

W 2016 roku Donald Trump odniósł sukces w takich stanach i w efekcie wygrał wybory. Choć głosowało na niego tylko 46,09% wyborców, zapewnił sobie poparcie aż 306 elektorów (ostatecznie dwóch na niego nie zagłosowało). Na Hillary Clinton głos oddało 48,18%, ale elektorów zdobyła tylko 232 (pięciu na nią nie zagłosowało).

Czytaj dalej: Czy wirus wpłynie na wyborcze sondaże? - cz. 2/2

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!