Budowanie granic od nowa

Globalizacja jest dla jednych pozytywnym zjawiskiem, inni oceniają ją krytycznie. W ostatnim czasie proces globalizacji jednak został spowolniony. Szczególnie w okresie pandemii dało się zauważyć, że granice pomiędzy państwami potrafią być bardzo wyraźne. Dobrym przykładem jest Szwecja, która po wielu dziesiątkach lat otwartych granic z Finlandią, Norwegią i Danią nagle zaczęła być izolowana przez sąsiadów. Powodem było inne podejście do problemu koronawirusa. Szwecja jako jedyna w Skandynawii nie narzucila ostrych rygorów sanitarnych i liczba zakażonych w tym kraju jest wyraźnie wyższa niż u sąsiadów.

Liczba zakażonych, stan z 7 lipca, godz. 8pm:
      Szwecja - 73.344  (10,2 mln mieszkańców)
      Dania - 12.888  (5,8 mln mieszkańców)
      Norwegia - 8.947  (5,4 mln mieszkańców)
      Finlandia - 7.262  (5,5 mln mieszkańców)

Zaostrzanie kontroli granicznych zaczęło się jednak już dużo wcześniej. W Stanach Zjednoczonych prezydent Donald Trump od początku swojej kadencji promuje budowę muru na granicy z Meksykiem, aby ją uszczelnić. Dotychczasowe efekty są mocno wątpliwe, co pokazują oficjalne dane i o czym pisaliśmy kilkakrotnie w "abecadle". W ostatnich dniach doszło do dodatkowej blokady na granicy, która zaskoczyła samych Amerykanów.

Blokada powstała na granicy Meksyku ze stanem Arizona, gdzie po jednej stronie znajduje się miasto Sonoyta, a po drugiej Lukeville. Zorganizowali ją... Meksykanie. Mieszkańcy Sonoyta obawiali się, że w związku ze świętem 4 lipca przez miasto przejeżdżać będzie znaczna liczba Amerykanów. Tymczasem w Arizonie, podobnie jak w kilku innych południowych stanach, odnotowano ostatnio silny wzrost zakażeń koronawirusem.

Burmistrz Sonoyta oświadczył, że "zaprasza turystów z USA, aby nie przyjeżdżali do Meksyku". Mieszkańcy zorganizowali natomiast blokadę drogi prowadzącej od przejścia granicznego, ustawiając na niej swoje samochody. Przez Sonoyta prowadzi najkrótsza droga do nadmorskiego kurortu Puerto Penasco, który Amerykanie nazywają Rocky Point.

Czytaj także: Restauracje wciąż zamknięte, kasyna otwarte

Globalizacja dotyczy nie tylko swobodnego przemieszczania się ludzi pomiedzy krajami, ale także - a nawet przede wszystkim - przepływu towarów i usług. Tu również Stany Zjednoczone wprowadziły spore zamieszanie. Prezydent Trump wypowiedział szereg umów międzynarodowych, w tym układ NAFTA z Meksykiem i Kanadą. Wprowadził też cła na szereg towarów walcząc głównie z Chinami.

Najnowszą odsłoną tej walki jest spór o internetowe programy. W internecie granice nie istnieją, więc przepływ usług powinien być nieograniczony. Jednak sekretarz stanu Mike Pompeo przyznał, że administracja waszyngtońska rozważa zablokowanie chińskich portali społecznościowych. Najpopularniejszym z nich jest TikTok, umożliwiający zamieszczanie krótkich nagrań wideo, prezentowanych dla innych użytkowników.

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że TikTok należy do chińskiej firmy ByteDance. Firma ta zrobiła bowiem wiele, aby nie była kojarzona z Chinami, aby ułatwić zdobycie międzynarodowej popularności. Odcinanie się od chińskich korzeni jest tak dalece posunięte, że TikTok nie jest nawet oferowanych w samych Chinach.

Amerykanie twierdzą jednak, że chińskie portale są niebezpieczne. Tłumaczą, że komunistyczny rząd wymaga od wszystkich portali współpracy wywiadowczej, a to oznacza dostęp służb do informacji o użytkownikach. Na pytanie, czy polecałby instalację TikTok, Mike Pompeo odpowiedział: "tylko wtedy, gdy chcesz, aby twoje prywatne dane były w rękach Chińskiej Partii Komunistycznej. TikTok zaprzecza, aby kiedykolwiek przekazywał dane chińskim władzom.

Międzynarodowe spory w internecie nie ograniczają się do kwestii przepływu informacji. Do wirtualnej rzeczywistości przeniosła się też zupełnie realna wojna na granicy Chin z Indiami. Po starciu obydwu stron, Indie zablokowały na swoim terytorium TikTok oraz 58 innych programów oferowanych w internecie przez Chińczyków.

Czytaj także: NY, NJ, CT "zamykają granice" dla zakażonych?

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!