Trump chce zaprowadzić porządek w Minneapolis i... na Twitterze

Protesty po śmierci 46-letniego George'a Floyda w Minneapolis, w stanie Minnesota, rozlały się na cały kraj. Czarnoskóry mężczyzna zmarł po brutalnym aresztowaniu go przez czterech białych policjantów, zarejestrowanym na co najmniej dwóch nagraniach wideo.

Nagrania wideo z aresztowania George'a Floyda (zebrane przez MSNBC) oglądaj na naszej stronie na Facebooku - abecadłoUSA (przy okazji polub naszą stronę, a będziesz otrzymywał wiadomości o nowych treściach na stronie abecadlo.com).

Oto lista miast (alfabetycznie), w których doszło do dużych demonstracji:

Georgia: Atlanta
Illinois: Chicago
Iowa: Des Moines
Indiana: Indianapolis, Fort Wayne
Kalifornia: Los Angeles, Bakersfield, Sacramento, San Jose, Oakland, San Francisco
Karolina Północna: Charlotte
Kolorado: Denver
Kentucky: Louisville
Louisiana: New Orleans
Nowy Jork: miasto Nowy Jork
Massachusetts: Boston
Michigan: Detroit
Minnesota: Minneapolis
Nevada: Las Vegas
Ohio: Columbus, Cincinnati
Teksas: Dallas, Houston
Wirginia: Richmond
Washington, DC

Miasta te zaznaczone są na mapie poniżej.

Oczywiście wszystko zaczęło się w Minneapolis już na początku tygodnia. Na przedłużające się tam zamieszki ostro zareagował prezydent Donald Trump. Po spaleniu w czwartek wieczorem komisariatu policji, prezydent Trump napisał na Twitterze:

"Nie mogę stać z boku i patrzeć, co dzieje się ze wspaniałym Amerykańskim Miastem Minneapolis. Kompletny brak przywództwa. Albo ten bardzo słaby Radykalnie Lewicowy Burmistrz Jacob Frey weźmie się w garść i przywróci w mieście porządek, albo ja wyślę Gwardię Narodową i zrobię tę robotę porządnie".

Później prezydent dopisał, że rozmawiał z gubernatorem Minnesoty Timem Walzem i zapewnił go, że w razie potrzeby, udzieli wsparcia wojskowego. Stwierdził przy tym, że przejmą kontrolę nad sytuacją, ale "gdy zaczynają się grabieże, zaczyna się strzelanie".

Czytaj także: Chaos i zamieszki w Minneapolis

Na to z kolei zareagował... Twitter. Firma ocenzurowała wpis prezydenta jako "gloryfikujący przemoc". Zasłoniła jego treść, ale zamieściła przy nim notatkę, że po kliknięciu można go jednak odczytać. Twitter tłumaczy, że w interesie publicznym jest umożliwienie dotarcia do jego treści.

W specjalnym oświadczeniu firma tłumaczy też, dlaczego oceniła wpis prezydenta jako "gloryfikujący przemoc". Chodzi przede wszystkim o sformułowanie o grabieżach i strzelaniu, mające konotację historyczną. Jest to bowiem nawiązanie do słynnej wypowiedzi szefa policji w Miami w 1967 roku.

Walter Headley użył wówczas po raz pierwszy sformułowania dotyczącego sytuacji grabieży, plądrowania i strzelania (ang. looting and shooting). Dotyczyły one protestów czarnoskórych mieszkańców, brutalnie dławionych przez policję. Twitter uznał, że nawiązanie do tamtych słów może inspirować do podobnych działań.

Gdy zaczynają się grabieże, zaczyna się strzelanie.

Donald Trump już wcześniej rozpoczął z Twitterem wojnę, a w minionym tygodniu osiągnęła ona nowy poziom. Twitter dodał do wpisu prezydenta link, mający zachęcić czytających do sprawdzenia w różnych źródłach, czy informacje we wpisie są prawdziwe (ang. fact-checking). Wpis zawierał oskarżenia, że ewentualne głosowanie na wyborach drogą pocztową będzie "oszukańcze", a "skrzynki pocztowe będą rabowane".

W odpowiedzi, prezydent podpisał w czwartek dyrektywę wykonawczą dotyczącą przepisów określających działanie takich portali jak Twitter. Federalne komisje komunikacji oraz handlu mają sprawdzić, czy można zmienić obowiązujące regulacje. Donald Trump uważa, że takie firmy jak Twitter czy Facebook mają zupełnie niekontrolowaną władzę nad komunikacją pomiędzy ludźmi.

Zauważył, że mogą one "cenzorować, zabraniać, edytować, kształtować, ukrywać, zmieniać wirtualnie każdą formę komunikacji". Stwierdził, że "nie ma precedensu w amerykańskiej historii, aby tak mała liczba korporacji kontrolowała tak dużą sferę ludzkich interakcji".

Czytaj także: Czy słowo "Murzyn" jest obraźliwe?

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!