Zwierzęta pod ochroną i do wytrzebienia

W Stanach Zjednoczonych nie brakuje organizacji i państwowych urzędów, które zajmują się środowiskiem naturalnym. Podliczają m.in. populację różnych gatunków zwierząt, co ważne jest dla równowagi ekosystemu. Alarmują, gdy jakiemuś gatunkowi grozi wyginięcie, ale także wtedy, gdy jakieś zwierzęta rozmnażają się w nadmiarze.

W stanie Maine ekolodzy martwią się o walenia biskajskiego. Populacja tego północno-atlantyckiego wieloryba zmniejszyła się z 366 sztuk w 2019 roku do 336 w roku ubiegłym. Ilość tych zwierząt jest najmniejsza od prawie 20 lat. Ekolodzy twierdzą, że winę ponoszą rybacy z Maine, którzy zajmują się połowem homarów. Wieloryby często zaplątują się w liny, które łączą leżące na dnie pułapki na kraby z bojami pływającymi na powierzchni morza.

Władze federalne wprowadziły sezonowy zakaz połowów homarów w Zatoce Maine. Jednak sąd federalny zakaz ten cofnął, podważając statystyczny model władz, mający uzasadniać wprowadzenie zakazu. Dla rybaków i innych pracowników z Maine to wielka ulga, bo homary są podstawą gospodarki tego stanu, generując 1,4 miliarda dolarów przychodu.

Ulgi nie będzie dla wielorybów, chociaż na przyszłość jest dla nich nadzieja. Jest bowiem możliwość zastosowania nowoczesnych pułapek na homary, które nie wymagają łączenia ich liną z pływającą boją. Wynurzanie może być zdalnie sterowane, tyle że rozwiązanie to jest na razie bardzo drogie. Pułapka z pilotem kosztuje aż 4000 dolarów, podczas gdy tradycyjna zaledwie 80 do 180 dolarów.

Władze zajmujące się populacją zwierząt mają zupełnie inny problem na Florydzie. Tam muszą zabijać określony gatunek, aby ratować naturalne środowisko. Chodzi o pytona birmańskiego, którego populacja rośnie w niekontrolowany sposób. Do tej pory dotyczyło to wielkich rozlewisk w parku narodowym Everglades, który znajduje się na południowym krańcu Florydy.

W listopadzie po raz pierwszy zauważono jednak występowanie pytonów birmańskich w Palm Beach County, a więc już na północ od Miami. Administracja Florydy opracowuje teraz strategię, jak poradzić sobie z inwazyjnym gatunkiem, który rozszerza swoje terytorium. Dotychczasowe metody radzenia sobie z tym problemem w Everglades National Park nie przyniosły jednak specjalnych sukcesów.

Pytony złapane na Florydzie mogą być naprawdę potężne.


Pytony birmańskie zauważono na Florydzie po raz pierwszy już w latach 80-tych ubiegłego wieku. Prawdopodobnie osoby prywatnie hodujące te największe na świecie węże znudziły się ich trzymaniem i wypuściły je na wolność. Pytony znalazły się na Florydzie w doskonałych warunkach środowiskowych. Nie mając tam naturalnych wrogów, za to pożywienia pod dostatkiem - pytony żywią się małymi ssakami - zaczęły szybko się rozmnażać.

Największy pyton birmański złapany na Florydzie miał długość 17 stóp i 7 cali. Ważył 164,5 funta. W jego wnętrzu znaleziono aż 87 jaj, co na Florydzie było rekordową ilością. W oryginalnych warunkach - w południowo-wschodniej Azji - pytony urastają do nawet 26 stóp długości i ponad 200 funtów wagi.

W parku Everglades pytony poczyniły ogromne spustoszenia w naturze. Badanie w 2012 roku pokazało, że w ciągu 15 lat polulacja szopów, szczury workowate (ang. opossums) i rysi zmniejszyła się odpowiednio o... 99,3%, 98,9% i 87,5%. Natomiast takie gatunki jak króliki i lisy "praktycznie zniknęły".

Władze Florydy robią co mogą, aby zwalczyć pytony. Ogłosiły, że na prywatnych terenach można je zabijać i nie jest potrzebna do tego żadna licencja. Władze nawet zachęcają do zabijania tych zwierząt i oferują bezpłatne szkolenia, jak polować na nie i jak je uśmiercać. Utworzyły nawet specjalny zespół myśliwych, do którego chętni mogą dołączyć i otrzymywać pensję za udział w polowaniach.

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!